niedziela, 31 stycznia 2016

Nowości #1: STYCZEŃ '16.


Witajcie Kochane!


Z racji tego, że jest już koniec miesiąca, chciałbym Wam pokazać, jakie kosmetyki wpadły w moje ręce w styczniu. Nie jest ich bardzo dużo, ale pomyślałam, że warto by je było przedstawić, bo sukcesywnie będą się pojawiać ich recenzje.
O niektórych produktach nie mam wyrobionej jeszcze żadnej opinii, ale od dziś zacznę z nich korzystać, ponieważ pokończyły mi się kosmetyki, których do tej pory używałam.


PIELĘGNACJA TWARZY


  • Z racji tego, że uwielbiam kremy Make Me Bio, o czym pisałam tutaj (KLIK), postanowiłam wypróbować też puder myjący do twarzy tej marki. Wiążę z nim duże nadzieje. Oby mnie nie zawiódł i dorównywał jakością swoim kremowym braciom.
  • Bardzo chciałam przetestować różaną maseczkę Khadi, ale niestety w sklepie, w którym byłam, mieli wyczerpany ich zapas. Za to, Pani, która tam pracowała, poleciła mi nowość, czyli maseczkę Herbal Rose Petals Face Pack firmy Song Of India. Jestem jej niesamowicie ciekawa, bo ma być tańszym odpowiednikiem Khadi. Użyłam jej wczoraj wieczorem i buzia była ukojona, gładka i rozświetlona. To jednak za mało na całą recenzję, więc będę ją testować przez dłuższy czas i dam Wam znać, czy warto ją zakupić.
  • Niedawno skończył mi się peeling, a ja bez "zdzieraka" żyć nie mogę! Wobec tego, wybrałam wygładzający peeling z Sylveco, przyznam szczerze, że skusił mnie korund obecny w składzie, który uwielbiam (KLIK). Obawiam się tylko, czy produkt mnie nie zapcha, bo podobno pozostawia tłustą warstwę. To się dopiero okaże; ryzyk-fizyk.;)

PIELĘGNACJA WŁOSÓW

  • W ostatnim czasie, moim celem jest poprawienie kondycji włosów. Z tego powodu, szukam coraz to nowszych metod i kosmetyków pielęgnacyjnych. Z racji tego, że chciałam wykończyć średnio lubianą maskę, udało mi się znaleźć idealne dla mnie połączenie, o którym pewnie jeszcze napiszę. W każdym razie, odkryłam, że moje włosy lepiej wyglądają, gdy pierwsze mycie wykonam mieszanką odżywka + maska, a drugie - szamponem. Tym razem, sprawdzę, jak spisze się sama odżywka, czyli Balsam na kwiatowym propolisie Babuszki Agafii. Kiedyś go już używałam, ale po szamponie. Spisywał się bardzo fajnie, więc i teraz mam w stosunku do niego wysokie oczekiwania. Od dziś zacznę testować go solo.:)

ZAPACH

  • Bardzo się cieszę, że w mojej toaletce goszczą nowe perfumy, które znam od bardzo dawna, ale nigdy nie miałam własnego flakonika. Jest to Armani Code, czyli zapach, który jest doprawdy nieziemski. Tym bardziej się cieszę, że go mam, bo buteleczkę otrzymałam w prezencie - niespodziance - bez - okazji. Takie upominki najbardziej mnie radują.:) 

MAKIJAŻ

  • Bardzo lubię podkreślać brwi. Tym razem, do tego celu wybrałam kredkę Brow Satin w kolorze dark brown od Maybelline. Na początku, wcale nie byłam z niej zadowolona, obecnie trochę bardziej mi się podoba, ale więcej opowiem Wam w osobnej recenzji.
  • Wraz z kredką, w koszyku wylądowała maskara do brwi Brow Drama również z Maybelline. Moje odczucia co do tego produktu są bardzo zbliżone, jak do kredki. Myślę, że obu produktom poświęcę wspólny wpis.
  • Kolejnym moim zakupem była paletka Nude Make Up Kit z Lovely. Póki co, nie rozumiem tych pochlebnych opinii, bo cienie są może i ładne, ale bardzo słabo napigmentowane. Muszę jeszcze nad nimi popracować, ale na razie nzjlepiej wyglądają nakładane na mokro.
  • Potrzebowałam na gwałt podkładu. Zawsze wybieram lekkie, słabo kryjące formuły, które zapewniają efekt glow. Wybór padł na Gosh Foundation Drops, bo akurat była jego przecena. Wciąż nie był tani, ale mimo to, nie żałuję ani jednej złotówki na niego wydanej. Na pewno jeszcze nie raz będzie się u mnie pojawiał.:)
  • Produktem, z którego także jestem zadowolona są kuleczki rozświetlające Mineral Make - Up Pearls z Kobo, o które pytała jedna z Was. Stosuję je z powodzeniem zamiast pudru, pięknie rozświetlają cerę, bez tandetnego brokatowego efektu. Z całą pewnością pojawią się w jakiejś recenzji, bo koniecznie muszę Wam o nich więcej powiedzieć!


Jakie są Wasze nowości? Używałyście kosmetyków, które dziś przedstawiłam?



Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

czwartek, 28 stycznia 2016

Dziwne składniki kosmetyków cz. II



Witajcie Kochane!


Dziś kontynuacja i zakończenie serii o dziwnych składnikach w kosmetykach. Tych, którzy nie są na bieżąco, zachęcam do nadrobienia I - szej części (KLIK). Zgodnie z obietnicą, będzie jeszcze ciekawiej! Tym samym, uprzedzam wrażliwców – lepiej zastanowić się 10x czy chcecie to czytać. Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałam. No to… start!

Tradycyjnie, zaczniemy od rozgrzewki. Lubicie masaże? Która z Was nie? A co byście powiedziały na relaksujący masaż z wykorzystaniem niewątpliwie przeuroczego węża jakim jest pyton? Podobno zabieg ten genialnie wpływa na rozmaite bóle dzięki rozgrzewającemu działaniu. Nie wątpię.:) Z całą pewnością, żadna z Was by nie odmówiła. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to kosmetyk tylko zabieg, ale uznałam, że można to jednak pod to podciągnąć, bo temat jak najbardziej wpisuje się w kosmetyczny.

Jeśli już zboczyłyśmy na chwilę z trasy, to słyszałyście, że podobno zadbane kobiece dłonie dużo mówią o ich właścicielce? A co ze stopami? Nie wiem jak Wy, ale ja dość często zerkam na „to”, co wystaje z sandałków czy laczków. Mówiąc szczerze, czasami wolałabym tego jednak nie widzieć. Niektóre panie chyba nie wiedzą o tym, że istnieje niezwykle prosty zabieg – pedicure. Ale, ale! Nie taki zwyczajny! Chodzi tutaj o nieco inną, ulepszoną wersję.:) Mam tu na myśli nic innego jak rybi pedicure. Nasze gładkie stópki i napełnione brzuchy ryb gwarantowane! Myślę, że wszystkie kojarzycie ten zabieg, może nawet na niego chodzicie, ale dla tych które jednak nie mają o nim pojęcia, dopowiem, że nie są to piranie i nie odgryzą Wam stopy, tylko malutkie rybki hodowlane, które skubią martwy naskórek.:)

Będąc przy rybach, nie sposób nie wspomnieć o guaninie, czyli związku pozyskiwanym z rybich łusek. Bardzo często można natknąć się na niego w składach tuszów do rzęs, czy lakierów do paznokci. Kiedyś do jej produkcji wykorzystywano odchody nadmorskich ptaków. A wiecie do czego są wykorzystywane obecnie? Maseczek do twarzy! To nie żart. Jednak, jakby to powiedzieć, do tego celu sprawdzają się tylko i wyłącznie odchody jednego gatunku ptaków, a mianowicie – słowika. Guanina i azot, bowiem pięknie rozjaśniają cerę i mają właściwości odmładzające. Nic, tylko się maseczkować!




Co ciekawe, nie tylko ptasie odchody mają swoje nietypowe zastosowania, ale też gniazda, a konkretniej gniazda salangan, czyli ptaków występujących głównie w Azji, a podobnych do jaskółek. Dlaczego właśnie ich? Ślina tych ptaków pozwala na „ulepienie” gniazda, a także jest niezwykle obfita w składniki odżywcze dobroczynne dla naszej skóry, dlatego tak chętnie wykonywane są z nich maseczki, ale nie tylko – dobrze jest też wiedzieć, że te gniazda są jadalne, a w krajach azjatyckich uchodzą za prawdziwy przysmak!

Kwas hialuronowy jest niezwykle ceniony w pielęgnacji cery suchej i dojrzałej. Domyślacie się w jaki sposób był produkowany? Z gałek ocznych zwierząt i grzebieni kogutów! Całe szczęście, już dość dawno się od tego odeszło, na rzecz rozwoju biotechnologii...

W wielu naszych kosmetykach możemy odnaleźć tzw. koszenilę. Jest to nic innego jak czerwony barwnik - kwas karminowy - będący produktem otrzymanym ze sproszkowanych żuków, zwanymi czerwcami katusowymi. Ze względu na barwę, wykorzystuje się go w cieniach do powiek, różach do policzków, albo szminkach.

Kastoreum (strój bobra)to składnik perfum, który "ociepla" kompozycję, a także ją utrwala. Ma przepiękny, waniliowy aromat, dlatego występuje najczęściej w orientalnych i słodkich zapachach. Ale cóż to takiego to kastoreum? Jest to feromon i wydzielina pochodząca z napletka bobra, służąca do oznaczania terenu i natłuszczania sierści.
Równie chętnie wykorzystuje się w przemyśle perfumeryjnym hyraceum o ziemistej woni. Krótko mówiąc, są to odchody góralkowca, czyli przesłodkiego futrzaka. Za to, po podgrzaniu krowiego łajna, wydziela się z niego wanilina, czyli aromat waniliowy.

Do luksusowych odżywek do włosów stosuje się nasienie byka, wszystko to, za sprawą wysokiej zawartości w nim protein, które pozytywnie wpływają na kondycję włosów, nadając im blasku. Opcjonalnie zastąpić je można wyciągiem z owczego łożyska.

Jak pewnie wiecie, ostatnio dość modne jest zjadanie własnego łożyska po porodzie. Właściwie to ma to swoje wytłumacznie, bo jest w nim zawartych mnóstwo witamin, a ponadto kwas hialuronowy. Stąd też, zaczęto produkować na jego bazie sera i inne kosmetyki do twarzy, mające na celu opóźnianie starzenia się skóry. Przy okazji, na uwagę zasługuje również kobiece mleko, wykorzystywane do wyrobu mydeł.



Nie są to jednak jedyne "od-ludzkie" składniki kosmetyków. Zaczęto od eksperymentowania z ludzkimi płynami ustrojowymi, a skończono na komórkach z niemowlęcych napletków. Od momentu, gdy o tym usłyszałam, już chyba nic mnie nie zdziwi. Jeśli wytrwałyście i nadal tutaj ze mną jesteście, to być może ciekawi Was, jakie to niesamowite działanie mogą one mieć. Otóż moje Drogie, chcecie być piękne, młode i gładkie? Zafundujcie sobie maseczkę lub serum oparte na tych nowoczesnych przeciwzmarszczkowych składnikach! Opcjonalnie możecie wybrać męskie nasienie, bogate w plemniki, będące antyutleniaczami - genialnie opóźniają procesy starzenia.:)

Interesujący jest też fakt, że limitowana edycja perfum Thierry'ego Mugler'a Virgin no. 1 zawierała ekstrakt z krwi dziewicy. Niestety dość mało jest informacji na ten temat w internecie, natomiast z tego, co udało mi się dowiedzieć, faktycznie były liczne próby dodawania krwi do zapachów, ale w tym konkretnym przypadku, użyto "woni dziewicy pobranej przez pępek". Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi...



Kończąc już, pozostańmy przy perfumach - wiecie, że dość często używa się w nich aromatu żywicy? Nawiązując  - powstało wiele zapachów, opartych na słonych nutach dryfującego drewna czy ziół. Zalicza się do nich np. Tom Ford Costa Azzurra.


To już wszystko, co Wam chciałam przekazać. Mam nadzieję, że ten krótki cykl Wam się podobał. Może macie do dodania coś, co pominęłam?  








Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

piątek, 22 stycznia 2016

Dziwne składniki kosmetyków cz. I



Witajcie Kochane!


Chciałabym przedstawić Wam kilka zadziwiających i, delikatnie mówiąc – nietypowych składników, które „siedzą” w kosmetykach i perfumach. Co ciekawe, są one bardzo często stosowane. Dowiedzcie się, czy w Waszej toaletce także goszczą!

Aby Was nie zniechęcić, zaczniemy od nieco lżejszego kalibru.:)

Mówi się, że perły to najlepsze przyjaciółki kobiety. Okazuje się, że nie tylko. Bowiem perły to także ogromni sprzymierzeńcy naszej skóry. Nie od dziś stosuje się je w przemyśle kosmetycznym. Mają one właściwości przeciwzmarszczkowe, regenerujące, a także rozświetlające. Swoje dobroczynne działanie zawdzięczają obecności licznych składników mineralnych i aminokwasów w wewnętrznej części muszli ostrygi.



Kto by pomyślał, że ikra ryb znajdzie zastosowanie w kosmetyce... Dzięki silnemu działaniu antyoksydacyjnemu, kawior genialnie sprawdza się w produktach przeciwzmarszczkowych. Ponadto, zwiększa przepuszczalność naskórka i dostarcza do głębszych warstw skóry niezbędne substancje odżywcze, z tego powodu zwiększa się jej elastyczność i zdolności do regeneracji.

Okazuje się, że grzyby, a konkretniej trufle mają nie tylko duże walory smakowe, ale i pielęgnacyjne. Dzięki ogromnej zawartości substancji czynnych, ich wyciąg jest w stanie walczyć z przebarwieniami skóry, a ponadto stymulować syntezę elastyny i kolagenu.

Podejrzewam, że dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że jedwab jest produkowany przez larwę jedwabnika. Za to ciekawy może być fakt, że jego źródłem są także pajęczyny. Chętnie jest on stosowany w pielęgnacji, ponieważ zbudowany jest z dwóch białek; serycyny, która intensywnie nawilża, a także fibroiny wiążącej wodę, dzięki czemu utrzymywane jest stałe nawilżenie naskórka bądź włosów.



Keratyna to budulec włosów, skóry i paznokci. Idąc tym tokiem; wchodzi w skład tzw. rogowych tworów skóry. Zaliczają się do nich przede wszystkim kopyta, rogi czy pióra. To właśnie z nich najczęściej czerpie się keratynę wykorzystywaną w produktach do włosów.
Podobnie sprawa wygląda z kolagenem i elastyną, z tą różnicą, że są one pobierane w postaci włókien ze zwierzęcych tkanek.

Obecnie, w wielu popularnych kremach przeciwzmarszczkowych stosuje się śluz ślimaka, ponieważ podobno idealnie spisuje się do wygładzania cery. Nie wiem, nie sprawdzałam. Z tego samego powodu, wykorzystuje się go w balsamach ujędrniających czy kremach do rąk. Zbliżone działanie mają komórki jadu węża, które ponoć są genialnym odpowiednikiem botoksu. Bardzo podobne właściwości ma apitoksyna, czyli jad pszczeli. Poza wspomaganiem walki z oznakami starzenia, wpływa na sprężystość skóry i jej regenerację.



Gruczoły łojowe owiec, produkują tzw. lanolinę, chroniącą owce przed szkodliwym wpływem środowiska. W związku z tym, że jest ona substancją silnie natłuszczającą, wykorzystuje się ją m.in. w maściach, a także pomadkach i balsamach do ust.

W olejkach do opalania, balsamach do ust oraz kosmetykach natłuszczających często znajduje się niewiele mówiący skwalen. Znacie jego pochodzenie? Otóż, pobiera się go prosto z... wątroby rekina. Zagadka rozwiązana.

Nie wiem jak Wy, ale ja bym nie przypuszczała, że wymiociny kaszalota spowodowane niestrawnościami mogą być warte naprawdę horrendalne sumy. Nie jest to jednak byle co! To właśnie one się kryją pod nazwą ambra na flakonikach najbardziej ekskluzywnych perfum. Obecnie, odchodzi się od stosowania naturalnej ambry na rzecz syntetycznej. Wszystko przez to, że ciężko jest zdobyć ten składnik, dlatego znajduje się on jedynie w najdroższych zapachach.

A jeśli już mówimy o perfumach - do jednych z najpopularniejszych nut zapachowych należy piżmo. Cóż to takiego? Jakiś egzotyczny kwiat, a może drzewo? Otóż nie, jest to wydzielina gruczołów okołoodbytniczych, pełniąca funkcję feromonów u piżmowców, czyli kopytnych ssaków, wyglądem przypominających, np. jelenie. 

Podobna historia tyczy się cywet afrykańskich. Niestety, w większości, zwierzęta te żyją w hodowlach, w których panują straszne warunki, a same cywety są tam okrutnie traktowane. Jedyne co się liczy dla hodowców, to zdobycie cennego ekstraktu z ich gruczołu okołoodbytowego.



Prawdopodobnie większość z Was używa baz pod podkład, czy pomadek. A już z całą pewnością wszystkie mamy krem do twarzy w swoich zasobach kosmetycznych. Czy wiecie, że sadło dość często wchodzi w ich skład? Produkowane są nawet specjalne maści na reumatyzm oparte na sadle ze świstaka. Oprócz tego, do tej pory wykorzystuje się tłuszcz zwierzęcy do wyrobu mydeł. A szczególnie cenionym jest ten koński, wykorzystuje się go jako jeden z głównych składników niektórych masek do włosów. Całe szczęście, że nie jest to bardzo popularny proceder...

Wiedziałyście, że główny składnik dynamitu jest powszechnie wykorzystywany w kosmetykach? Mowa o ziemi okrzemkowej, powstałej ze sproszkowanych pancerzyków okrzemków, czyli jednokomórkowych glonów. Zastosowanie znajdują najczęściej w dezodorantach w sprayu oraz pudrach. Jednak nie tylko! Zdradzę Wam, że myjemy nimi również zęby...:)

Ile z Was nosi ze sobą gaz pieprzowy w torebce? Mam nadzieję, że nie musiałyście go używać, bo podobno bardzo ciężko znieść jego drażniące właściwości, za które odpowiedzialna jest kapsaicyna.:) Być może zaskakujący okaże się fakt, że niektóre z Was mają ją w tej chwili na ustach. Jest duże prawdopodobieństwo, że jeśli korzystacie z kosmetyków powiększających wargi, to w ich skład wchodzi właśnie ten związek chemiczny.

Wszyscy bardzo dobrze znamy Marię Curie Skłodowską i wiemy, że odkryła rad. Pech chciał, że w szkole słowem nie wspomnieli o Alfredzie Curie (był to jedynie pseudonim; chwyt marketingowy na nazwisko), który to postanowił wykorzystać sole tegoż pierwiastka w formule kremu Tho-Radia. W ten sposób, zapoczątkował on wykorzystywanie radu w przemyśle kosmetycznym, farmaceutycznym, ale też spożywczym. Na szczęście, odeszło się już od takich szaleńczych pomysłów.

Która używa produktów do stylizacji włosów? Sporo Was. Spoko, mi też się zdarza. Co więc skrywa się w ich składzie? Nic innego jak plastik! Otóż to! Zazwyczaj to właśnie jemu zawdzięczamy usztywnienie fryzury. Ale moment... czy występuje on gdzieś jeszcze? Ziarna kakaowca, nasiona truskawek czy łuski z pestek moreli. Brzmi znajomo? Wymienione, powinny znajdować się w peelingach, ale niestety są tam jedynie z nazwy. W rzeczywistości, producenci zastępują je tanim plastikiem, który tylko rysuje skórę. Miłego zdzierania!:)

Symetykon jest popularnym składnikiem leków na wzdęcia. Z tego względu, bardzo sprytnie pomyślano, że skoro zapobiega on powstawaniom pęcherzyków gazów w przewodzie pokarmowym, to może mieć zbliżone działanie także w opakowaniach kosmetyków do kąpieli.


Podzieliłam post na 2 części, bo jeden wyszedłby bardzo długi. Już wkrótce kolejna dawka ciekawostek! Mam nadzieję, że „nabrałyście apetytu” na jeszcze, bo przygotowałam ich duuużo więcej. Tym razem, powiem Wam o składnikach nieco rzadziej występujących, o wiele bardziej kontrowersyjnych, a tym samym, nie oszukujmy się - wzbudzających niesmak niemalże u każdego. „Widzimy” się niebawem?;)


Znacie te składniki? Robią na Was jakiekolwiek wrażenie, czy zupełnie nie ruszają? 

Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Make Me Bio: Różany ogród vs. pomarańczowa energia. Który krem dla jakiej cery?




Witajcie Kochane!


Dziś małe porównanie i recenzje dwóch kremów rodzimej firmy - Make Me Bio. Być może, któraś z Was jest nimi zainteresowana, ale do tej pory nie wie, którą wersję wybrać. Postaram się dokładnie omówić co i jak, i który egzemplarz będzie miał większą szansę się u Was sprawdzić.
Oczywiście są jeszcze inne rodzaje, których nie posiadam, dlatego nie mogę się wypowiedzieć na ich temat.

Abyście miały jakiś punkt odniesienia, zacznę od charakterstyki mojej cery. W chwili obecnej powiedziałabym, że jest ona normalna w kierunku suchej. Dygresja: sęk w tym, że mam skłonności do zanieczyszczania porów, i o ile, nie mam problemów z trądzikiem, o tyle, niekiedy pojawiają się drobne krostki i zaskórniki otwarte. Wskazywałoby to na to, że albo cierpię na AZS, albo skóra jest mieszana, mimo, że się nie przetłuszcza. Wykluczam obie opcje, więc chyba jestem jakimś szczególnym przypadkiem.;)
Wracając; nigdy nie miałam żadnej reakcji alergicznej na jakiś składnik, natomiast zdarza się, że niekiedy, nie wiedzieć czemu, mimo stosowania kosmetyku przez dłuższy czas, nagle dostaję podrażnienia. Łączę to z tym, że skóra jest delikatnie wrażliwa i z tego powodu skłonna do zaczerwienień.
Nie pojawił mi się nigdy wysyp spowodowany używaniem jakiegoś produktu. Moja skóra rzadko wykazuje tendecję do zapychania.


CHARAKTERSYTYKA





Zarówno jeden, jak i drugi krem pełne są naturalnych składników, a także olejów, które mogą powodować powstawanie wyprysków. Z racji naturalnego pochodzenia, kosmetyk może się rozwarstwiać przez wytrącanie poszczególnych substancji - jest to normalne i nie świadczy o jego zepsuciu. W moich egzemplarzach akurat nic takiego nie miało miejsca. :)
Konsystencja tych obu produktów jest dość gęsta i zwarta, trochę przypominająca masło do ciała.
Opakowanie to 60-cio mililitrowy słoiczek z grubego, ciemnego szkła.


ORANGE ENERGY

Jeśli śledzicie mojego bloga, to wiecie, że kilka dni temu krem Orange Energy pojawił się w moim zestawieniu pielęgnacyjnych ulubieńców 2015 roku (klik). Wiele już zostało tam o nim napisane, więc zainteresowanych dokładniejszą recenzją, odsyłam do przeczytania tekstu.

W skrócie powiem, że efekty po jego stosowaniu przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Skóra jest cudownie rozjaśniona, wygładzona oraz otrzymuje odpowiednią dawkę nawilżenia. Krem porządnie się wchłania, nie pozostawiając przy tym uciążliwej, tłustej warstwy. Nie ma wykończenia matowego, tylko daje wrażenie "zdrowej skóry". Idealnie nadaje się pod podkład, który się na nim nie waży ani nie roluje.

Osobom z płytko unaczynioną lub wrażliwą cerę zalecałabym ostrożność, bo krem może wywołać zaczerwienienie. Według mnie spokojnie mogą po niego sięgnąć te z Was, które mają cerę suchą, normalną lub mieszaną. "Tłuścioszki" nie będą raczej zadowolone, bo krem jednak może być dla nich zbyt ciężki. Do skóry tłustej przewidziana jest inna wersja - z zieloną lub niebieska etykietką.
Kremik bardzo intensywnie pachnie cytrusami, więc jeśli ich nie lubicie, bądź nie tolerujecie perfumowanych produktów do twarzy, zdecydowanie odradzam.





GARDEN ROSES

Wersja różana sprawdziła się u mnie trochę gorzej. Znacznie bardziej wolałam jej zapach, ale akurat on nie ma większego znaczenia.
Krem genialnie nawilżał i tutaj jego działanie było nawet silniejsze od pomarańczowego brata. Wszystkie inne właściwości oba kremy miały bardzo zbliżone, podobnie wpływały na kondycję skóry twarzy. Różnica polegała na tym, że według mnie, Garden Roses miał bogatszą i tym samym - cięższą konsystencję. Wydaje mi się, że całkowicie go to dyskwalifikuje u osób z cerą tłustą lub mieszaną, bo wzmagał świecenie, a czasami powodował u mnie powstawanie drobnych niedoskonałości. Na jego korzyść przemawia fakt, że nie podrażniał.
Przyznam szczerze, że pewnie za jakiś czas go znowu kupię, bo w niewytłumaczalny sposób mnie do niego ciągnie.:) Jego właściwości odżywcze i nawilżające były doprawdy imponujące! Dla osób z suchą cerą zdecydowanie polecam, pozostałym niekoniecznie. Choć ten zapach jest warty grzechu!:)


Podsumowując, bardziej uniwersalnym kremem jest Orange Energy. Prawdopodobnie, świetnie sprawdziłby się u osób z cerą mieszaną lub normalną. Skusić by się na niego mogli, w celu stosowania na noc, też "tłustoskórni", lubiący mocne nawilżenie i nie mający zastrzeżeń do gęstych formuł kosmetyków.
Garden Roses gorąco polecam osobom, które mają wrażliwą, płytkounaczynioną lub suchą skórę. Moim zdaniem będzie to znacznie lepszy wybór od pomarańczki. Wystrzegać się go powinny cery skłonne do zapychania, ale jak wiadomo - nie jest to regułą, bo działanie kosmetyków zależne jest od indywidualnych cech cery.




Z działania obu kosmetyków jestem zadowolona, więc z czystym sumieniem polecam! Jak to mówią: Dla każdego coś dobrego!:)

Miałyście do czynienia z marką Make Me Bio? Używałyście któregoś z ich kremów?

Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

sobota, 16 stycznia 2016

Perfumy; jak je testować i prawidłowo aplikować. Signature scent - dobór "naszego" zapachu.



Witajcie Kochane!


Myślę, że każda z Was uwielbia perfumy, a nawet jeśli nie, to z pewnością lubicie ładnie pachnieć. Ręka w górę kto nie! Tak, jak się spodziewałam, żadnej podniesionej ręki nie widzę.:) Znakomicie, w takim razie, podzielę się z Wami ciekawostkami i trikami, dotyczącymi perfum. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi dowiecie się czegoś nowego!


CZYM JEST SIGNATURE SCENT?

Prawdopodobnie spotkałyście się kiedyś z pojęciem „signature scent”, ale nie do końca wiecie, co właściwie się pod nim kryje. Jest to nic innego, jak „nasz” zapach, czyli taki, który szalenie lubimy, bardzo często używamy, najlepiej się w nim czujemy, bo idealnie do nas pasuje oraz przywodzi nam na myśl mnóstwo miłych wspomnień, związanych z ważnymi życiowymi wydarzeniami. Co ciekawe, często nawet bliskie otoczenie może kojarzyć i utożsamiać dane perfumy właśnie z naszą osobą. Innymi słowy: jest to swoistego rodzaju wizytówka, podkreślająca osobowość i charakter.





JAK GO ODNALEŹĆ?

Jeśli do tej pory nie znalazłyśmy perfum, które w 100% by nam odpowiadały, ale mniej więcej wiemy, jakie nuty zapachowe nam się podobają, warto poszukać w internecie nazw perfum o podobnych akordach, albo poradzić się konsultantki, która z założenia powinna potrafić nam pomóc. Musimy jednak uzbroić się w cierpliwość, bo jest to naprawdę długa i żmudna droga – ale warto ją przejść.:)

Do perfumerii dobrze jest się udać rano, kiedy nasz nos nie jest jeszcze przeciążony po całodziennej pracy. Najrozsądniej jest rozłożyć testy na kilka dni, ponieważ po zmieszaniu się wielu zapachów, zdolność do ich poprawnego odbioru i definiowania bardzo spada. W takiej sytuacji, załóżmy sobie, że będziemy wąchać maksymalnie 5 perfum na dzień. Na początku, najlepiej jest rozpylać je na blotterach, czyli perfumeryjnych papierkach. Kiedy wybierzemy już zapachy, które wstępnie trafiają w nasze gusta, poprośmy o ich próbki (można też zamówić na popularnych stronach internetowych z perfumami albo na allegro), aby sprawdzić jak rozwijają się na skórze w ciągu całego dnia. Wbrew pozorom, zapach często zmienia się zależnie od pH skóry, samopoczucia i wielu innych czynników.


APLIKACJA I PRZEDŁUŻENIE TRWAŁOŚCI PERFUM

Bardzo ważną sprawą jest prawidłowa aplikacja perfum, która pozwoli nam „wyciągnąć” z nich ile się da i jednocześnie przedłużyć ich trwałość. I teraz, ciekawostka: Wiecie, że rodzaj skóry ma ogromny wpływ na intensywność oraz utrzymywanie się perfum? Przesuszona skóra nie zatrzymuje ich woni, z tego względu, że je „wypija”, po jakimś czasie już nic nie czujemy, bo najzwyczajniej w świecie zostały wchłonięte. Jest jednak sprawdzony sposób na to, by temu zaradzić.:) Wystarczy posmarować wybrany obszar ciała bezzapachowym olejkiem, kremem czy wazeliną. Działa to na zasadzie przeciwieństwa – tłusta i nawilżona skóra bardzo dobrze zatrzymuje aromat, dlatego, że związki chemiczne zawarte w perfumach są dobrze rozpuszczalne w tłuszczach, a potem są przez nie stopniowo uwalniane. Wiele z Was na pewno słyszało o perfumach pochodzących z Arabii, być może nawet je stosowałyście. Mają one niezwykle ciekawą formułę, bo są olejkami.:) Jak się domyślacie, nie jest tak bez powodu, wszystko zostało dokładnie przemyślane – podczas upałów, które bez przerwy tam panują, zapachy oparte na alkoholu momentalnie by się ulotniły, czyli byłyby zupełnie nietrwałe i po chwili niewyczuwalne.

Już wiecie jak przedłużyć trwałość i zintensyfikować woń perfum. Tylko gdzie je aplikować i jak to robić?
Polecane jest psikanie tzw. „ciepłych okolic”, czyli tam, gdzie jest największy przepływ krwi, bo w tych miejscach skóra oddaje najwięcej ciepła. Wyróżniamy tutaj np. nadgarstki, wgłębienie w szyi (połączenie obojczyków), zgięcia w łokciach i kolanach oraz dekolt.
Osobiście, najczęściej perfumuję się na karku, za uszami, na szyi i nadgarstkach. Lubię też rozpylić przed sobą mgiełkę zapachu; dzięki temu osiądzie on też na włosach. Oczywiście alkohol jest dla nich szkodliwy, więc lepiej z tym uważać.
Aby w pełni zatrzymać właściwości perfum, nie należy pocierać popsikanych miejsc (np. nadgarstka o nadgarstek), ponieważ cząsteczki perfum ulegną zniszczeniu, a główne nuty (głowy) zostaną zniekształcone i nie oddadzą ich rzeczywistego aromatu.


To tyle na dziś! Te wszystkie informacje powinny Wam znacznie ułatwić odnalezienie "tego" zapachu, czego, oczywiście, z całego serca życzę.:)

Macie już swój jedyny "signature scent"? A może jeszcze go szukacie? Znałyście sposoby, które Wam zaprezentowałam? Jeśli macie inne porady, dajcie znać - chętnie się o nich dowiem!




Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

piątek, 15 stycznia 2016

Stara, brzydka, pomarszczona; czyli o wpływie makijażu na kondycję skóry twarzy.



Witajcie Kochane!


Postanowiłam poruszyć kwestię szkodliwości kosmetyków kolorowych dla naszej cery. Jest wiele głosów; jedni mówią, że kosmetyki do makijażu szkodzą i powinno się zminimalizować ich użycie, a inni wręcz przeciwnie – że nie wpływają na skórę twarzy w negatywny sposób, a czasem mogą nawet pomóc. Sam temat jest dość szeroki i sądzę, że nie do końca jeszcze wyjaśniony, ale postaram się spojrzeć na sprawę z trochę innej strony.


SZKODZĄ, CZY NIE?

Doskonale rozumiem obie grupy, stojące po dwóch stronach barykady, z tego względu, że ciężko jest mi się z nimi nie zgodzić. Według mnie i jedni, i drudzy mają trochę racji. Brzmi niedorzecznie, prawda? Już wyjaśniam.

Przeciwnicy stosowania kosmetyków kolorowych argumentują swoje stanowisko tym, że mogą one wpływać na pogorszenie kondycji cery, ponieważ zaburzają prawidłowe funkcjonowanie skóry, a dodatkowa ich warstwa tylko pogarsza sprawę. Są one głównym czynnikiem powodującym powstawanie zmarszczek oraz niedoskonałości, przez zapychanie cery. Oprócz tego, przyczyniają się do rozwoju rozmaitych chorób skórnych, np. trądziku kosmetycznego.

Natomiast, ich oponenci twierdzą, że mogło tak się dziać, ale kilkadziesiąt lat temu, kiedy kosmetyki kolorowe nie były dobrze przebadane i najczęściej pochodziły z niepewnych źródeł. Obecnie, badania dermatologiczne dają stuprocentową pewność bezpieczeństwa i jeśli tylko nie jesteśmy uczuleni na jakiś składnik, to na pewno nie wyrządzą spustoszenia na cerze, a co więcej - mogą mieć na nią zbawienny wpływ poprzez dodatkowe działanie pielęgnacyjne.

Nie jestem zwolenniczką popadania ze skrajności w skrajność, wolę jednak zachować zdrowy rozsądek i sama zdecydować, co faktycznie jest prawdą, a co spokojnie można między bajki włożyć. Całkowicie zgadzam się z tym, że kosmetyki do makijażu mogą szkodzić. Mogą, ale nie muszą. Jeśli dany produkt jest odpowiednio dobrany do rodzaju naszej cery, nie nadużywamy ciężkich, matujących podkładów, to czemu miałyby być szkodliwe? Pod warunkiem, że dokładnie robimy demakijaż i nie odpuszczamy sobie tego kroku pielęgnacyjnego, to nie widzę żadnego „zagrożenia” dla skóry. 
Pamiętajmy o tym, że nocą praca skóry jest bardziej wzmożona niż za dnia.:) Odnawia się, oczyszcza i regeneruje, komórki się intensywnie dzielą, a martwe zastępowane są nowymi, dlatego nie przeciążajmy jej niepotrzebnie i nie zakłócajmy działania. Unikajmy też kosmetyków kupionych „od chińczyka”, czy innych, których pochodzenia nie znamy, lub wzbudza ono jakąkolwiek niepewność.
  
Dobrze – przykładowo, wybrałyśmy już idealny podkład. Ma on pięknie nawilżać cerę, nie powodować żadnych niedoskonałości, ponadto ujędrniać i regenerować skórę. No cudo! W takim razie po co nam serum, tonik czy krem? Możemy je wyrzucić do kosza, bo mamy jeden wielofunkcyjny kosmetyk - fluid! Bzdura. To, że na opakowaniu producent mówi, że od niego nasza skóra stanie się piękniejsza i zadbana, niekoniecznie pokrywa się z rzeczywistością. Jasne, może mieć on działanie pielęgnacyjne, ale nie jest ono na tyle silne, żeby zastąpić nam pozostałe „smarowidła”.


POWSTAWANIE ZMARSZCZEK A MAKIJAŻ

Jest jeszcze jedna kwestia; co ze zmarszczkami? Czy nie powstają one na skutek malowania? Słuchajcie, w pierwszej kolejności na wygląd skóry ma genetyka, której nie przeskoczymy. Możemy wspomagać się zabiegami medycyny estetycznej, ale nie zawsze są one skuteczne i nie każdego na nie stać. Tak czy inaczej, u wszystkich kiedyś pojawią się zmarszczki, jest to normalna kolej rzeczy i trzeba się z tym pogodzić, chyba że chcecie wyglądać jak Jocelyn Wildenstein.;) 

Moim zdaniem, w drugiej kolejności najważniejsze są prawidłowa dieta i odpowiednia pielęgnacja cery. Jeśli będziemy wypełniać potrzeby całego organizmu i skóry, to już połowa sukcesu.:) Działanie makijażu na pojawianie zmarszczek uważam za znikome. Jedynie jak źle dobierzemy go do typu skóry, może mieć na nie jakiś wpływ, ale nie sądzę, żeby był on bardzo znaczący. Mimo to, lepiej stronić od tych bardziej wysuszających produktów, bo nigdy nic dobrego nie wyniknie z ich używania.


Jakie macie zdanie na ten temat? Zauważyłyście destrukcyjny wpływ kolorówki na Waszą cerę? Zachęcam Was do podzielenia się własnymi spostrzeżeniami!



Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

czwartek, 14 stycznia 2016

HITY 2015: PIELĘGNACJA.



Witajcie Kochane!


Dzisiaj zapraszam Was na dość długi wpis, w którym zaprezentuję Wam moje pielęgnacyjne perełki roku 2015. Postanowiłam nie rozbijać tej serii na trzy, bo nie ma to sensu; pokażę Wam kosmetyki do pielęgnacji twarzy, dwa do ciała, jeden do włosów i ulubione perfumy. Prawdopodobnie za jakiś czas poajwią się też ulubieńcy makijażowi.


PIELĘGNACJA TWARZY

Zacznę od pielęgnacji twarzy, bo tutaj jest tego zdecydowanie najwięcej.:)



W pierwszej kolejności muszę Wam powiedzieć o moim wielkim odkryciu – a raczej o dwóch odkryciach, bo stosuję je w duecie. A mowa o nawilżającym koncentracie z liposomami i wodzie różnej z Fitomedu. Używam ich codziennie jako tonik dwa razy dziennie – rano i wieczorem. Wylewam kilka kropel jednego i drugiego na wgłębienie dłoni i wmasowuję w twarz. Przysięgam Wam, że tak dobrego toniku jeszcze nie miałam! Po jego użyciu cera jest mięciutka, gładka i bardzo dobrze nawilożna. Absolutnie nie ściąga twarzy, nie podrażnia, ani nie powoduje zapychania. Jest to zdecydowanie najlepsze połączenie 2015 roku! Z czystym sumieniem polecam, myślę, że jest na tyle uniwersalne, że ma szansę sprawdzić się na każdej cerze.


Kolejnym niekwestionowanym ulubieńcem jest krem nawilżający do cery normalnej i wrażliwej Orange Energy od Make Me Bio. Mimo, że jest dedykowany wrażliwcom, raczej bym im go odradzała, bo jednak może podrażniać i piec. Znacznie lepszym wyborem mogłaby się okazać wersja różana, o boskim zapachu. 
Ale, wracając do do naszego pomarańczowego bohatera – pachnie obłędnie, zdecydowanie dominuje  głęboko cytrusowa woń. Co do jego działania, to rzeczywiście głęboko nawilża, pozostawia cerę odżywioną i pełną blasku. Nie sposób nie wspomnieć o tym, że pięknie rozjaśnia skórę, jest to coś niesamowitego, to właśnie jemu przypisuję poprawę kolorytu cery i wyrównanie jej struktury. Krótko mówiąc – geniusz! Jego konsystencja jest dość zwarta i gęsta, po rozprowadzeniu na buzi może pozostawiać błyszczącą warstwę, ale w tym pozytywnym sensie, ponieważ daje efekt zdrowej skóry. Zresztą, potem i tak się wchłania praktycznie do matu.:)


Na uwagę zasługuje też certyfikowany przez ECOCERT, wegański i całkowicie naturalny filtr do twarzy z Eco Cosmetics o faktorze LSF/SPF 30. W składzie znajdziemy roślinno- mineralne filtry, wyciąg z granatu i rokitnika, a także wiele innych dobroczynnych ekstraktów roślinnych i olejów. Absolutnie nie bieli i jest niewidoczny na zdjęciach z fleszem. Jednak przez wysoką zawartość olejów pozostawia tłustawą powłokę, która osobiście mnie odpowiada, ale wiem, że wiele z Was może nie przepadać za dodatkowym błyskiem. 
Ma on konsystencję żelu o delikatnie pomarańczowym zabarwieniu, którego jednak wcale nie widać na twarzy. Zapach jest brzoskiwniowy, po prostu go uwielbiam! Produktu używam od czerwca, przetrwał więc ze mną największe upały i mrozy. Jak mi się tylko skończy, zapewne kupię następne opakowanie, chyba że akurat będę chciała przetestować coś innego. W każdym razie – na pewno kiedyś do niego wrócę.


A teraz kilka słów o produkcie, który dorwałam w TkMaxx. Jest to naturalne serum do twarzy z witaminą C firmy Novexpert, pochodzącej z Francji. Nie zapycha, nie podrażnia, nie powoduje ściągnięcia cery czy innego dyskomfortu, poza tym - genialnie się wchłania. Jestem oczarowana jego działaniem – tym jak ładnie wygładza i rozjaśnia cerę. W jego skład, oprócz stabilnej witaminy C wchodzi głównie ekstrakt z papai i witamina E. Nie wiem co zrobię, jak już mi się skończy, wolę nawet o tym nie myśleć, bo jest to najlepsze serum jakie kiedykolwiek używałam. ;)


Następnym produktem, który zasłużył na miano ulubieńca jest peeling Glycolique od Colline Pharma, czyli 12% kwas glikolowy. Ładnie wpływał na cerę, nie zauważyłam pogorszenia jej stanu, czy tym bardziej wysypu po jego zastosowaniu. Ogromnym jego minusem może być zawartość parafiny w składzie. Będę szukać jakiegoś zamiennika bez tego dodatku. Mimo to, z samego kosmetyku do tej pory byłam zadowolona. Działanie bez żadnego zarzutu; pozostawiał cerę wygładzoną, złuszczanie było raczej delikatne, ale wystarczające. Myślę, że jest idealnym tańszym zamiennikiem produktu Isispharma, który jest droższy, a składowo niewiele się różni.




Najlepszym olejem roku 2015 okazał się olej Perilla, czyli z pachnotki. Stosowałam go zawsze na noc albo na krem, albo solo. Zawsze sprawdzał się wyśmienicie; ładnie utrzymywał nawilżenie cery i nie powodował wyskakiwania niespodzianek. Innymi słowy: robił wszystko to, na czym najbardziej mi zależało.


Na pojedyncze wypryski, które pojawiały się raz na jakiś czas, najskuteczniej wpływał dwufazowy roztwór punktowy Lierac Prescription. Elegancko goił wszystkie nagle pojawiające się niedoskonałości. Następnego dnia po przebudzenia krostki albo całkowicie się wchłaniały, albo znacznie traciły kolor. Jest to mój zdecydowany must have, bo wiem, że mogę na niego zawsze liczyć. Z całą pewnością będzie się regularnie pojawiał w mojej kosmetyczce.


Brakuje nam jeszcze kosmetyku do oczyszczania twarzy. Miano najlepszego żelu do mycia twarzy zdobywa Biolaven. Ukochane cudeńko, które było całkowicie neutralne dla mojej cery; ani jej nie przesuszało i nie ściągało, ani nie pozostawiało niemiłej warstwy. Produkt ten prawie wcale się nie pienił, delikatnie oczyszczał skórę, czyli robił, co miał robić. Subtelnie nawilżał, a jego zapach bardzo przypadł mi do gustu. Spełniał moje wszystkie wymagania, więc na pewno nie raz kupię go ponownie.:)
W duecie z nim świetnie sprawdzała się silikonowa myjka, którą kupiłam w Hebe rok temu, ale obecnie prawie wszędzie można ją dorwać. Określę ją krótko: delikatna dla skóry, łagodnie złuszczała martwy naskórek, a masaż przy jej użyciu był czystą przyjemnością!


Jak już przy oczyszczaniu jesteśmy, to nie można pominąć peelingu. Moim wybrańcem jest nietypowo półprodukt, czyli korund (ten najdrobniejszy), którego opakowanie, jak widać na zdjęciu, jest bardzo zmasakrowane, co tylko świadczy o tym, że bardzo chętnie po niego sięgałam. :D Zalicza się on zdecydowanie do mocnych  zdzieraków, o delikatnym złuszczaniu nie ma mowy, dlatego nie nadaje się dla wrażliwych lub naczynkowych cer. Odradzałabym go tez osobom z aktywnymi zmianami trądzikowymi. Wszyscy pozostali, którzy lubią silne oczyszczenie, powinni być zadowoleni. Ja go zazwyczaj mieszałam z żelem Biolaven albo grantową emulsją myjącą z Alterry.


PIELĘGNACJA CIAŁA



A teraz kosmetyk do ciała! Jest nim ukochany olejek Wellness&Beauty, dostępny w Rossmannie. Mój egzemplarz jest o intensywnie słodkim i owocowym zapachu mango oraz papai. Niektórych może on męczyć, dlatego lepiej powąchać przed kupnem, bo jest kilka innych wersji, i może właśnie któraś z nich Wam się spodoba. Sam olej mocno nawilża i pozostawia skórę niesamowicie gładką i przyjemną w dotyku. Szybko się wchłania, ale zostaje po nim cienka, tłusta powłoka, która może niektórym przeszkadzać. Ja z pewnością sprawdzę inne zapachy, bo jestem ich strasznie ciekawa!


Przyszedł czas na produkt do depilacji. Jest to pasta cukrowa, którą sama wykonałam. Nie ma się co zbytnio rozwodzić na jej temat; depilatora nie posiadam, codzienne golenie maszynką jest dla mnie męczące, sklepowy wosk wcale się nie sprawdzał, a kremy do depilacji to jak dla mnie - porażka. Wybrałam więc pastę cukrową i był to najlepszy możliwy wybór. Chwila moment i po sprawie - gładka skóra i spokój na ponad tydzień.;) Na pewno jeszcze podam Wam przepis, bo jest wielokrotnie sprawdzony i zawsze wychodzi.


PIELĘGNACJA WŁOSÓW



Jedynym kosmetykiem do włosów, który wywarł na mnie ogromne wrażenie jest nabłyszczający spray firmy Sebastian. Produkt ten faktycznie nadaje piękny połysk włosom, widoczny nawet przy słabym świetle. Oprócz tego sprawia, że włosy mają przyjemną strukturę i są takie delikatne w dotyku. Silne lśnienie i wygładzenie to coś, co zdecydowanie bardzo lubię. Dodatkowo ma piękny zapach utrzymujący się na włosach do końca dnia. Czego chcieć więcej?;)


PERFUMY

W tym roku najczęściej używałam dwóch zapachów. 



Pierwszy z nich to Lady Million od Paco Rabanne, czyli ciężka i intensywna, a do tego bardzo kobieca kompozycja. Należy do perfum „z ogonem”, które obecne są na skórze aż do kąpieli. Przeważają tu nuty słodko – kwiatowe, wybaczcie, nie będę silić się na rozszyfrowanie tych wiodących, bo nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy… Internet mówi, że jest tam przede wszystkim paczula, kwiat pomarańczy, malina i jaśmin; być może – naprawdę, nie wiem. :D 
Zachęcam więc do „niuchnięcia” w perfumerii.

A na koniec ostatni ulubieniec roku 2015, czyli perfumy La Vie Est Belle od Lancome. Podobnie jak poprzednik, jest to ciężki, otulający zapach, który ciągnie się za nami, gdy idziemy ulicą. Idealny na porę jesienno – zimową, na lato zdecydowanie za intensywny, choć czasami wiosną się nim psikałam. Tutaj trochę łatwiej jest mi rozszyfrować główne nuty; dominuje wanilia i paczula, a przebija się przez nie gruszka i jaśmin. To połączenia, które wpasowują się w mój „zapachowy” gust bezbłędnie.



Uff, dobrnęliśmy do końca! Mam nadzieję, że ktokolwiek wytrwał.:) Dajcie znać, czy chcecie, abym napisała odrębną recenzję na temat jakiegoś produktu. Jestem bardzo ciekawa, jacy byli Wasi ulubieńcy, koniecznie napiszcie w komentarzu!

Jest jakiś kosmetyk, który możecie polecić? Znacie moje perełki? Lubicie je, a może wręcz przeciwnie – totalnie się u Was nie sprawdziły? 

Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

środa, 13 stycznia 2016

Cała prawda o suplementacji.


Witajcie Kochane!


Pewnie wiele z Was zastanawia się nad tym, czy jest sens w stosowaniu suplementów, a jeśli tak, to dla kogo są przeznaczone i jak ich prawidłowo używać. Mam nadzieję, że zdołam wyjaśnić Wam kilka nurtujących spraw, a po dzisiejszym poście będziecie miały jasność w temacie.:)


CZYM SĄ SUPLEMENTY?

Suplementy nie są lekami, jak niektórzy sądzą. Ich zadaniem nie jest leczenie, tylko uzupełnianie zbilansowanej diety i dostarczanie organizmowi braków poszczególnych witamin i minerałów w formie sztucznej i gorzej przyswajalnej niż tej z pokarmów.

Ale moment… skoro nie są lekami, to czym?! Uznawane są one za środki spożywcze, co oznacza nic innego jak to, że nie są nad nimi prowadzone tak szczegółowe badania, jak nad lekami. Czasami wiąże się to z tym, że nie do końca wiemy co znajduje się w danym suplemencie ani, czy faktycznie ma jakikolwiek wpływ na nasz organizm i nie funduje nam najzwyczajniej w świecie efektu placebo – z tego powodu, tak ważne jest wybieranie preparatów zaufanych marek i z pewnych źródeł (np. Pukka, Solgar). Jest wielu oszustów, którzy pod etykietą z napisem „suplement” bezczelnie wciskają nam sterydy, albo inne szkodliwe substancje. Trzeba być niesamowicie ostrożnym!


BEZPIECZEŃSTWO SUPLEMENTÓW – SUPLEMENTY A ZDROWIE

Zazwyczaj suplementy są bezpieczne dla naszego organizmu, jednak wcześniej należy zorientować się, czy nie jesteśmy uczulone na ich składniki, albo czy nasza przewlekła choroba pozwala nam na ich przyjmowanie. Jest to bardzo ważne, bo jeśli nie zastosujemy się do przeciwwskazań, to wyrządzimy sobie więcej szkody, niż pożytku; po prostu wiele chorób uniemożliwia nam ich stosowanie. Tak to niestety w życiu bywa, że to, co pomoże na jedno, szkodzi na coś innego...

Trzeba również zadać sobie kluczowe pytanie: czy naprawdę ich potrzebujemy? Najlepiej wykonać badania pod kątem niedoborów składników odżywczych – wówczas może się okazać, że nie ma konieczności wspomagania organizmu ich dodatkowymi porcjami, bo może to doprowadzić do zbyt dużego stężenia witamin czy minerałów w organizmie, co może się skończyć  hiperwitaminozą. Należy po prostu zachować zdrowy rozsądek i nie przeginać ani w jedną, ani w drugą stronę.

Suplementy są stworzone dla osób, które mają niedobory jakichś składników w organizmie. Nie zastępują one jednak normalnej i zdrowej diety, bogatej w owoce i warzywa, których substancje odżywcze są łatwo przyswajalne. Suplementy tylko uzupełniają codzienne zapotrzebowanie na mikro i makroelementy, a już na pewno nie pokrywają go całkowicie. Istotna jest sumienność i regularność w ich przyjmowaniu, a także stosowanie się do zaleceń producenta, bo tylko wtedy jest szansa na zobaczenie efektów - w przeciwnym wypadku nie ma to najmniejszego sensu.

I ostatnia rzecz, ale równie ważna – suplementy to nie remedium na wszystko. Jeśli widzimy pogorszenie stanu zdrowia, wyglądu cery, wzmożone wypadanie włosów, itd. to lepiej wybrać się do lekarza i sprawdzić czy nie dolega nam coś, co wymaga leczenia specjalistycznego. Nie warto działać na ślepo i na własną rękę. Środki pomocnicze stosowane właściwie mogą nam pomóc, ale z całą pewnością nie wyleczą, dlatego sięgajmy po nie z rozwagą i ze 100% pewnością, że jesteśmy zdrowe.

Stosujecie suplementację? Macie jakieś doświadczenia z suplementami?


Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

wtorek, 12 stycznia 2016

Włosy nocą.



Witajcie Kochane!


Podejrzewam, że pragnieniem każdej z Was są piękne i zadbane włosy. Oczywiście droga do osiągnięcia wymarzonej kondycji włosów jest bardzo długa, ponieważ wpływ na nią ma bardzo wiele różnych czynników, o których jeszcze napiszę.  Dzisiaj wykonamy pierwszy krok i skupimy się na tym, jak chronić włosy nocą podczas snu, bowiem wbrew pozorom, nocą również mogą one ulegać zniszczeniom.


MYCIE WŁOSÓW PRZED SNEM: SUSZYĆ JE, CZY NIE?

Temat kładzenia się spać z mokrymi włosami wzbudza bardzo wiele emocji. Dopiero od stosunkowo niedawna zwykło się mówić o tym, że jest to szkodliwe dla ich struktury. Mokre lub wilgotne włosy znacznie łatwiej plączą się i kołtunią. Skutkuje to tym, że rano budzimy się z szopą na głowie, a potem ciągniemy włosy szczotką, chcąc  je rozczesać. Z tego powodu lepiej umyć głowę albo na tyle wcześnie przed pójściem spać, żeby same przeschły, albo użyć suszarki  z chłodnym nawiewem – zajmie to 10 minut, czyli naprawdę niewiele.
Oprócz tego, mokre włosy są bardzo podatne na uszkodzenia mechaniczne na skutek pocierania. W związku z tym, włosy znacznie łatwiej nam wypadają; najzwyczajniej w świecie są wyrywane. Ile razy zdarzyło Wam się znaleźć rano włosy na poszewce? No właśnie… podejrzewam, że bardzo często.
Kolejną kwestią, o której bardzo rzadko się wspomina, jest fakt, że środowisko wilgotne jest wymarzonym środowiskiem dla rozmaitych bakterii i grzybów. Z całą pewnością znacie ten charakterystyczny zapach „zaduszonych” włosów. Nic innego go nie wywołuje, jak właśnie gromadzące się na naszej skórze głowy mikroskopijne żyjątka.;) Brzydka woń nie jest jednak jedynym problemem. Wcześniej wspomniane bakterie i grzyby mogą przyczyniać się do osłabiania cebulek włosów, wypadania, nawet powstawania licznych chorób skóry głowy, np. ŁZS.


ROZPUSZCZONE CZY ZWIĄZANE?

Skoro już ustaliłyśmy, że lepiej kłaść się spać z suchymi włosami, to wypadałoby wyjaśnić kwestię związywania ich na noc. W tym miejscu, chciałabym zaznaczyć, że wysuszone włosy także ulegają zniszczeniom w nocy. W związku z tym, najlepszym sposobem jest wykonanie jakiegokolwiek koka, kucyka czy warkocza, co zminimalizuje ryzyko ich uszkodzenia. Jest jednak jeden haczyk: upięcie powinno być dość luźne, żeby uniknąć nieestetycznych odgnieceń, a ponadto wzmożonego wypadania na skutek ciągnięcia gumki. Przy okazji – polecałabym Wam wybrać gumkę bez metalowych elementów, które przecierają łuski włosa. Recepturki są zakazane!;) Myślę, że najlepszym wyborem są te materiałowe, albo Invisibobble.
Krążą opinie, że posiadaczki dłuższych włosów, które mają możliwość ich „przełożenia” przez zagłówek łóżka, mogą bez żadnych konsekwencji to robić i spać z rozpuszczonymi włosami. Osobiście, nie polecam tego sposobu, z tego względu, że w nocy się ruszamy i mimo wszystko włosy mogą ulec zniszczeniu.


PIELĘGNUJ WŁOSY NOCĄ

Noc to też świetny czas na zadbanie i polepszenie kondycji swoich włosów. Warto więc, zastanowić się nad zastosowaniem jakichś kosmetyków, które wpłyną na ich pozytywny wygląd. Szczególnie polecane jest olejowanie, ale niestety nie u każdego sprawdzi się tak długie trzymanie oleju na głowie. Wówczas możemy wybrać serum zabezpieczające końcówki lub odżywczą maskę. Możliwości jest naprawdę multum.:)


A MOŻE… ZMIEŃ POSZEWKĘ?

Jak wspominałam wcześniej, w kontakcie z poduszką nasze włosy są podatne na łamanie i rozdwajanie. Jest jednak sposób na znaczne zmniejszenie tego ryzyka. Wystarczy zmienić naszą poszewkę na taką, która jest uszyta z delikatniejszego materiału; najlepszy będzie jedwab lub satyna. Oczywiście są one znacznie droższe, ale jeśli czujemy, że główną przyczyną pogorszenia kondycji włosów jest nieodpowiednia, drażniąca poszewka, to warto w nie zainwestować.


Macie problem ze zniszczonymi włosami? Stosujecie, którąś z tych metod? A może macie własne skuteczne sposoby? Koniecznie dajcie znać!



Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Naturalna pielęgnacja - czy to ma jakikolwiek sens?


Witajcie Kochane!

Od jakiegoś czasu panuje moda na bycie eko oraz prowadzenie zdrowego trybu życia, którą swoją drogą, oczywiście pochwalam. Bardzo cieszy mnie fakt, że społeczeństwo powoli "budzi się" i przegląda na oczy. Coraz więcej osób sięga po naturalne kosmetyki, tym samym decydując się na bardziej świadome dbanie o siebie, a przy okazji o środowisko.

Dzisiaj weźmiemy pod lupę naturalną pielęgnację. Jak to z nią jest? Warto dać jej szansę, czy lepiej podchodzić do tematu bardziej sceptycznie?


U KOGO MOŻE SIĘ SPRAWDZIĆ NATURALNA PIELĘGNACJA?

Lepiej spytać u kogo się nie sprawdzi.:) Są to raczej nieliczne przypadki.
Naturalna pielęgnacja ma szansę zadziałać u każdej osoby, niezależnie od rodzaju cery, płci czy wieku. Jedynie osoby ze skłonnością do zapychania powinny być bardziej ostrożne ze względu na komedogenne właściwości niektórych naturalnych olei występujących w kosmetykach, ale na szczęście nie jest to regułą.


CZY NATURALNE KOSMETYKI SĄ BEZPIECZNE? - "CO W NICH SIEDZI?"

Ogólnie przyjęło się, że kosmetyki naturalne są całkowicie dla nas bezpieczne, ponieważ nie zawierają szkodliwych substancji chemicznych, parafiny czy parabenów. Oczywiście jest to prawda (mimo wszystko, polecam czytać składy, bo czasem napis "eko" to chwyt marketingowy), natomiast nie do końca zgodzę się z ich nieszkodliwością. Rzadko mówi się o tym, że wyciągi roślinne (np. z rumianku) czy zioła mogą uczulać; wówczas zrobią więcej szkody niż pożytku, dlatego należy bacznie obserwować swoją skórę podczas ich stosowania. Osobiście nie miałam po nich żadnej reakcji alergicznej, ale nie wiadomo jak będzie u Was - każda z nas jest inna. Nie skreślajcie ich jednak od razu, bo naprawdę potrafią zdziałać cuda.


DERMO VS. EKO

Wiele osób sądzi, że dermokosmetyki z racji wysokiej ceny, dostępności w aptece czy znanej marki, są najlepszym wyborem, zwłaszcza w walce z różnymi chorobami skórnymi. Czasami to się zgadza, ale jeśli zajrzymy do składu, to nierzadko okazuje się, że składniki aktywne, są na ostatnim miejscu, zaraz po zapachu, a cena potrafi być zatrważająca. Wówczas kosmetyki eko mają szansę zadziałać skuteczniej, dzięki nagromadzeniu wielu substancji czynnych, pochodzących z roślin. Ich minusem może być data ważności - przeważnie mamy jedynie kilka miesięcy na zużycie produktu. Jednak coś za coś - wynika to z całkowicie naturalnego składu i braku lub zredukowaniu ilości konserwantów do minimum. Na ich korzyść przemawia również fakt, że przy ich produkcji nie ucierpiało żadne zwierzę; kosmetyki nie są na nich testowane, a tym samym są odpowiednim wyborem dla wegetarian. Natomiast weganie powinni zaglądać do składów, bo często znajduje się w nich np. wosk pszczeli.


TO "DROGA IMPREZA" - JAK TO JEST W RZECZYWISTOŚCI?

Panuje przekonanie, że produkty naturalne są bardzo drogie i z tego względu niedostępne dla wielu osób. Doskonale to rozumiem, bo jeszcze 2 lata temu miałam takie same podejście do sprawy i tkwiłam w tym błędnym myśleniu przez bardzo długi czas. Któregoś razu, trafiłam na jakiś urodowy blog (a jak!), gdzie była wzmianka o naturalnej pielęgnacji. I co tu dużo mówić? Przepadłam! Totalnie. Czym prędzej poczyniłam zakupy i od tego momentu zaczęła się moja miłość do natury zamkniętej w uroczych minimalistycznych opakowaniach.:) I nie, nie wydałam fortuny. Fajny tonik czy hydrolat można dostać już za kilkanaście złotych, ceny kremów oscylują wokół 40 złotych. Są oczywiście i droższe egzemplarze. Podsumowałabym to tak, że wiele organicznych kosmetyków kosztuje tyle, ile ich drogeryjne odpowiedniki.


NO TO JAK W KOŃCU, UŻYWAĆ ICH, CZY NIE?

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że warto przetestować kilka naturalnych produktów, żeby sprawdzić jak się spiszą w codziennej pielęgnacji. Osoby, które znam bardzo sobie je chwalą i nie mają zamiaru wracać do tych drogeryjnych. Gorąco Was zachęcam, do sprawdzenia tego na własnej skórze.:)

Krótka uwaga:
Na początek nie polecam decydować się na drogie kosmetyki, bo trudno przewidzieć jak się zachowają na naszej skórze. Należy wziąć pod uwagę fakt, że naturalne składniki mogą być alergenami i silnie nas uczulić! Z tego powodu, wskazane jest wykonanie próby uczuleniowej. Kobiety w ciąży i karmiące powinny skonsultować się z lekarzem przed użyciem danego kosmetyku. 


Na blogu niebawem zaprezentuję Wam kilka moich osobistych perełek.

Miałyście już styczność z kosmetykami naturalnymi? Macie wśród nich jakichś ulubieńców?






Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej