środa, 10 lutego 2016

CO MUSISZ WIEDZIEĆ O KOSMETYKACH #1: Żywotność kosmetyków.



Witajcie Kochane!


Dziś wracam po krótkiej przerwie z nową serią; ogólnie mówiąc - o kosmetykach. Ten post będzie swoistego rodzaju wstępem, ponieważ powiemy sobie, pewnie dla niektórych z Was, o dość oczywistej i podstawowej sprawie, jaką jest żywotność naszych kosmetyków, innymi słowymi - o ich dacie przydatności. Jest to naprawdę bardzo ważne, więc nie mogę pominąć tego tematu.


ISTOTNE OZNACZENIA NA OPAKOWANIACH KOSMETYKÓW

Główne oznaczenia, które powinny nas zainteresować, dotyczą właśnie daty ważności kosmetyków. Wyróżniamy tutaj:

  • datę produkcji
  • numer serii
  • datę przydatności do zużycia, kryjącą się pod słowami: najlepiej zużyć do/należy zużyć do
  • obrazek z uchylonym słoiczkiem, z oznaczeniem liczbowym i literką M lub Y.
Nie ma takiej potrzeby, aby na każdym kosmetyku znajdowały się wszystkie te oznaczenia. Właściwie do najważniejszych z nich należą data przydatności oraz oznaczenie ze słoiczkiem, bo to one mówią nam najwięcej o żywotności i skuteczności działania danego produktu. Teraz opowiemy sobie troszkę o nich, a potem przejdziemy do części praktycznej.:)

O dacie produkcji nie ma się co za bardzo rozpisywać, bo na dobrą sprawę jest ona najmniej istotna. Może okazać się przydatna właściwie tylko wtedy, gdy zetrze nam się data przydatności kosmetyku i nie wiemy do jakiego czasu możemy go używać. Mówi ona o tym, że dany produkt zachowuje swoją skuteczność i właściwości do mniej - więcej 3 lat od wyprodukowania. Niestety należy być z tym ostrożnym, bo nie we wszystkich produktach ta reguła się sprawdzi, ale jeśli nie znajdujemy innych oznaczeń, kierujmy się właśnie nią.

Numer serii (partii) powinien nas zainteresować w momencie, gdy mamy wątpliwości co do świeżości kosmetyku, który kupiłyśmy. Jest wiele stron internetowych, które pomagają nam rozszyfrować te oznaczenia. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jest to jakiś niezrozumiały ciąg cyfr, który niewiele nam mówi, ale w rzeczywistości kryje się pod nim wiele przydatnych informacji, o których powiem więcej w części praktycznej.

Najistotniejsza jest jednak data ważności kosmetyku, kryjąca się najczęściej pod skrótem: EXP. (Expiration day), po którym jest ciąg cyfr oddzielonych nawiasami, najczęściej według schematu: dzień/miesiąc/rok lub miesiąc/rok, rzadziej występuje sam rok.
Ważna sprawa to rozróżnienie dwóch sformułowań, często towarzyszącym dacie ważności. Są to: najlepiej zużyć do lub należy zużyć do. Najlepiej zużyć do, oznacza, że dany kosmetyk można używać jeszcze jakiś czas dłużej, od widniejącej na opakowaniu daty. Producent jest zobowiązany do podawania daty ważności, więc niekiedy podaje po prostu zbliżoną.:) Wówczas, jeśli nie widzimy, że z kosmetykiem coś dziwnego się dzieje, spokojnie możemy używać go jeszcze przez jakiś czas. Najczęściej jednak zauważamy jego słabsze działanie, więc to do nas należy decyzja, czy chcemy go nadal stosować, czy się go pozbyć.
Należy zużyć do, mówi nam o tym, że kosmetyk po podanej przez producenta dacie, nie będzie już wykazywał żadnego działania bądź może się zepsuć. W takiej sytuacji najlepiej po prostu wyrzucić dany produkt.
Trzeba pamiętać, że w wypadku, gdy zrobimy sobie krzywdę przeterminowanym kosmetykiem, możemy mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie.

Symbol "słoiczka", o którym wspominałam wyżej, może być poprzedzony skrótem: PAO - period of time after opening, czyli tłumacząc - terminem przydatności od chwili otwarcia. Ten obrazek dużo nam mówi, ponieważ konkretnie dowiadujemy się, do kiedy należy zużyć dany kosmetyk. Wewnątrz słoiczka jest cyfra oznaczająca miesiąc lub rok, a za nią litera M (ang. months) bądź Y (ang. year). Naprawdę bardzo ułatwia nam to sprawę, bo po otwarciu produktu, wiemy jak długo możemy cieszyć się jego właściwościami, pod warunkiem, że nie przekroczymy znacząco daty ważności.
Niestety, nie na każdym opakowaniu znajdziemy ten symbol, z tego powodu, że prawnie ustalono obowiązek oznaczania nim produktów wtedy, gdy ich data ważności przekracza 30 miesięcy.
Tego oznaczenia możemy nie znaleźć również na produktach, które są aerozolami lub długo nie tracącymi swoich właściwości (napakowanych konserwantami, utrzymującymi stabilność).


ROZSZYFROWYWANIE OZNACZEŃ W PRAKTYCE

Nie przedłużając - przechodzimy do praktyki.:)


Omówimy to na przykładzie lakieru Golden Rose, bo akurat opakowanie ma wyróżnione wszystkie interesujące nas oznaczenia.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to dwa napisy:

  • PD: 04 15 - jest to po prostu data produkcji, w tym wypadku kwiecień 15'
  • ED: 04 18 - a to, oczywiście data ważności, czyli kwiecień 18'
Jak widać, tym razem sprawdziła się reguła, że gdyby producent wyróżnił tylko datę produkcji, to lakier do paznokci należy zużyć do 3 lat, od tego terminu.
Tym samym, ważność wynosi 36 miesięcy, a więc, zgodnie z uregulowaniami prawnymi, na kosmetyku musi znaleźć się informacja, jak długo po otwarciu należy go używać. I jest! Widzicie ten słoiczek z napisem 8M? W związku z tym, z lakieru możemy korzystać przez 8 miesięcy, od momentu otwarcia.
Jak widać, kłóci się to z datą ważności, bo jeśli otworzę lakier w styczniu 16', to będę mogła z niego korzystać do września 16', a nie do kwietnia 18'. Oczywiście nikt nam tego nie zabroni, ale jeśli lakier zgęstnieje nam lub rozwarstwi się w grudniu 16', to ma do tego całkowite prawo.

Teraz, najtrudniejsza część, czyli odczytywanie numeru partii. Tutaj będzie to: 5D06A. Jest to faktycznie trudne zadanie, bo producent wpisał swoje własne oznaczenia, których nie można w żaden sposób zweryfikować. Zdarzają się jednak przykłady długich numerów seryjnych, z których można spokojnie odczytać datę produkcji, ale nie jest to sposób, który się zawsze sprawdza. Najlepiej jest skorzystać ze stron, np. tej (KLIK), z pomocą których możemy "rozkodować" produkt. Nie należy im też zawsze wierzyć, bo ciężko stwierdzić, czy dokładnie potrafią weryfikować ciąg cyfr. Dodatkowym ich minusem jest fakt, że w bazie nie znajdują się wszystkie marki (np. nie ma Golden Rose).

Wobec tego, wybrałam krem do stóp Lirene. Jego numer seryjny to: 5C27A. Natomiast data przydatności to: 03/2018. Sprawdźmy zatem, czy system się tutaj myli.:)


Jak widać, krem został wyprodukowany w marcu 15', a jego termin przydatności kończy się w marcu 18'. Możemy więc twierdzić, że kosmetyk został prawidłowo rozszyfrowany, w tym wypadku jest ważny przez 3 lata.:)


GDZIE SZUKAĆ TYCH OZNACZEŃ

Poszczególne oznaczenia najczęściej znajdują się na etykiecie (z przodu lub z tyłu).
Jeśli kosmetyk jest w tubie, znajdziemy je najpewniej na zgrzewie.
Produkt zamknięty w butelce, prawdopodobnie swoje oznaczenia będzie miał na jej szyjce.
Wszelkie areozole, produkty płynne, bądź kremy, skrywają te informacje na spodzie butelki/słoiczka.


Mam nadzieję, że ten post komukolwiek się przydał, a seria przypadnie Wam do gustu!



Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

niedziela, 31 stycznia 2016

Nowości #1: STYCZEŃ '16.


Witajcie Kochane!


Z racji tego, że jest już koniec miesiąca, chciałbym Wam pokazać, jakie kosmetyki wpadły w moje ręce w styczniu. Nie jest ich bardzo dużo, ale pomyślałam, że warto by je było przedstawić, bo sukcesywnie będą się pojawiać ich recenzje.
O niektórych produktach nie mam wyrobionej jeszcze żadnej opinii, ale od dziś zacznę z nich korzystać, ponieważ pokończyły mi się kosmetyki, których do tej pory używałam.


PIELĘGNACJA TWARZY


  • Z racji tego, że uwielbiam kremy Make Me Bio, o czym pisałam tutaj (KLIK), postanowiłam wypróbować też puder myjący do twarzy tej marki. Wiążę z nim duże nadzieje. Oby mnie nie zawiódł i dorównywał jakością swoim kremowym braciom.
  • Bardzo chciałam przetestować różaną maseczkę Khadi, ale niestety w sklepie, w którym byłam, mieli wyczerpany ich zapas. Za to, Pani, która tam pracowała, poleciła mi nowość, czyli maseczkę Herbal Rose Petals Face Pack firmy Song Of India. Jestem jej niesamowicie ciekawa, bo ma być tańszym odpowiednikiem Khadi. Użyłam jej wczoraj wieczorem i buzia była ukojona, gładka i rozświetlona. To jednak za mało na całą recenzję, więc będę ją testować przez dłuższy czas i dam Wam znać, czy warto ją zakupić.
  • Niedawno skończył mi się peeling, a ja bez "zdzieraka" żyć nie mogę! Wobec tego, wybrałam wygładzający peeling z Sylveco, przyznam szczerze, że skusił mnie korund obecny w składzie, który uwielbiam (KLIK). Obawiam się tylko, czy produkt mnie nie zapcha, bo podobno pozostawia tłustą warstwę. To się dopiero okaże; ryzyk-fizyk.;)

PIELĘGNACJA WŁOSÓW

  • W ostatnim czasie, moim celem jest poprawienie kondycji włosów. Z tego powodu, szukam coraz to nowszych metod i kosmetyków pielęgnacyjnych. Z racji tego, że chciałam wykończyć średnio lubianą maskę, udało mi się znaleźć idealne dla mnie połączenie, o którym pewnie jeszcze napiszę. W każdym razie, odkryłam, że moje włosy lepiej wyglądają, gdy pierwsze mycie wykonam mieszanką odżywka + maska, a drugie - szamponem. Tym razem, sprawdzę, jak spisze się sama odżywka, czyli Balsam na kwiatowym propolisie Babuszki Agafii. Kiedyś go już używałam, ale po szamponie. Spisywał się bardzo fajnie, więc i teraz mam w stosunku do niego wysokie oczekiwania. Od dziś zacznę testować go solo.:)

ZAPACH

  • Bardzo się cieszę, że w mojej toaletce goszczą nowe perfumy, które znam od bardzo dawna, ale nigdy nie miałam własnego flakonika. Jest to Armani Code, czyli zapach, który jest doprawdy nieziemski. Tym bardziej się cieszę, że go mam, bo buteleczkę otrzymałam w prezencie - niespodziance - bez - okazji. Takie upominki najbardziej mnie radują.:) 

MAKIJAŻ

  • Bardzo lubię podkreślać brwi. Tym razem, do tego celu wybrałam kredkę Brow Satin w kolorze dark brown od Maybelline. Na początku, wcale nie byłam z niej zadowolona, obecnie trochę bardziej mi się podoba, ale więcej opowiem Wam w osobnej recenzji.
  • Wraz z kredką, w koszyku wylądowała maskara do brwi Brow Drama również z Maybelline. Moje odczucia co do tego produktu są bardzo zbliżone, jak do kredki. Myślę, że obu produktom poświęcę wspólny wpis.
  • Kolejnym moim zakupem była paletka Nude Make Up Kit z Lovely. Póki co, nie rozumiem tych pochlebnych opinii, bo cienie są może i ładne, ale bardzo słabo napigmentowane. Muszę jeszcze nad nimi popracować, ale na razie nzjlepiej wyglądają nakładane na mokro.
  • Potrzebowałam na gwałt podkładu. Zawsze wybieram lekkie, słabo kryjące formuły, które zapewniają efekt glow. Wybór padł na Gosh Foundation Drops, bo akurat była jego przecena. Wciąż nie był tani, ale mimo to, nie żałuję ani jednej złotówki na niego wydanej. Na pewno jeszcze nie raz będzie się u mnie pojawiał.:)
  • Produktem, z którego także jestem zadowolona są kuleczki rozświetlające Mineral Make - Up Pearls z Kobo, o które pytała jedna z Was. Stosuję je z powodzeniem zamiast pudru, pięknie rozświetlają cerę, bez tandetnego brokatowego efektu. Z całą pewnością pojawią się w jakiejś recenzji, bo koniecznie muszę Wam o nich więcej powiedzieć!


Jakie są Wasze nowości? Używałyście kosmetyków, które dziś przedstawiłam?



Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

czwartek, 28 stycznia 2016

Dziwne składniki kosmetyków cz. II



Witajcie Kochane!


Dziś kontynuacja i zakończenie serii o dziwnych składnikach w kosmetykach. Tych, którzy nie są na bieżąco, zachęcam do nadrobienia I - szej części (KLIK). Zgodnie z obietnicą, będzie jeszcze ciekawiej! Tym samym, uprzedzam wrażliwców – lepiej zastanowić się 10x czy chcecie to czytać. Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałam. No to… start!

Tradycyjnie, zaczniemy od rozgrzewki. Lubicie masaże? Która z Was nie? A co byście powiedziały na relaksujący masaż z wykorzystaniem niewątpliwie przeuroczego węża jakim jest pyton? Podobno zabieg ten genialnie wpływa na rozmaite bóle dzięki rozgrzewającemu działaniu. Nie wątpię.:) Z całą pewnością, żadna z Was by nie odmówiła. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to kosmetyk tylko zabieg, ale uznałam, że można to jednak pod to podciągnąć, bo temat jak najbardziej wpisuje się w kosmetyczny.

Jeśli już zboczyłyśmy na chwilę z trasy, to słyszałyście, że podobno zadbane kobiece dłonie dużo mówią o ich właścicielce? A co ze stopami? Nie wiem jak Wy, ale ja dość często zerkam na „to”, co wystaje z sandałków czy laczków. Mówiąc szczerze, czasami wolałabym tego jednak nie widzieć. Niektóre panie chyba nie wiedzą o tym, że istnieje niezwykle prosty zabieg – pedicure. Ale, ale! Nie taki zwyczajny! Chodzi tutaj o nieco inną, ulepszoną wersję.:) Mam tu na myśli nic innego jak rybi pedicure. Nasze gładkie stópki i napełnione brzuchy ryb gwarantowane! Myślę, że wszystkie kojarzycie ten zabieg, może nawet na niego chodzicie, ale dla tych które jednak nie mają o nim pojęcia, dopowiem, że nie są to piranie i nie odgryzą Wam stopy, tylko malutkie rybki hodowlane, które skubią martwy naskórek.:)

Będąc przy rybach, nie sposób nie wspomnieć o guaninie, czyli związku pozyskiwanym z rybich łusek. Bardzo często można natknąć się na niego w składach tuszów do rzęs, czy lakierów do paznokci. Kiedyś do jej produkcji wykorzystywano odchody nadmorskich ptaków. A wiecie do czego są wykorzystywane obecnie? Maseczek do twarzy! To nie żart. Jednak, jakby to powiedzieć, do tego celu sprawdzają się tylko i wyłącznie odchody jednego gatunku ptaków, a mianowicie – słowika. Guanina i azot, bowiem pięknie rozjaśniają cerę i mają właściwości odmładzające. Nic, tylko się maseczkować!




Co ciekawe, nie tylko ptasie odchody mają swoje nietypowe zastosowania, ale też gniazda, a konkretniej gniazda salangan, czyli ptaków występujących głównie w Azji, a podobnych do jaskółek. Dlaczego właśnie ich? Ślina tych ptaków pozwala na „ulepienie” gniazda, a także jest niezwykle obfita w składniki odżywcze dobroczynne dla naszej skóry, dlatego tak chętnie wykonywane są z nich maseczki, ale nie tylko – dobrze jest też wiedzieć, że te gniazda są jadalne, a w krajach azjatyckich uchodzą za prawdziwy przysmak!

Kwas hialuronowy jest niezwykle ceniony w pielęgnacji cery suchej i dojrzałej. Domyślacie się w jaki sposób był produkowany? Z gałek ocznych zwierząt i grzebieni kogutów! Całe szczęście, już dość dawno się od tego odeszło, na rzecz rozwoju biotechnologii...

W wielu naszych kosmetykach możemy odnaleźć tzw. koszenilę. Jest to nic innego jak czerwony barwnik - kwas karminowy - będący produktem otrzymanym ze sproszkowanych żuków, zwanymi czerwcami katusowymi. Ze względu na barwę, wykorzystuje się go w cieniach do powiek, różach do policzków, albo szminkach.

Kastoreum (strój bobra)to składnik perfum, który "ociepla" kompozycję, a także ją utrwala. Ma przepiękny, waniliowy aromat, dlatego występuje najczęściej w orientalnych i słodkich zapachach. Ale cóż to takiego to kastoreum? Jest to feromon i wydzielina pochodząca z napletka bobra, służąca do oznaczania terenu i natłuszczania sierści.
Równie chętnie wykorzystuje się w przemyśle perfumeryjnym hyraceum o ziemistej woni. Krótko mówiąc, są to odchody góralkowca, czyli przesłodkiego futrzaka. Za to, po podgrzaniu krowiego łajna, wydziela się z niego wanilina, czyli aromat waniliowy.

Do luksusowych odżywek do włosów stosuje się nasienie byka, wszystko to, za sprawą wysokiej zawartości w nim protein, które pozytywnie wpływają na kondycję włosów, nadając im blasku. Opcjonalnie zastąpić je można wyciągiem z owczego łożyska.

Jak pewnie wiecie, ostatnio dość modne jest zjadanie własnego łożyska po porodzie. Właściwie to ma to swoje wytłumacznie, bo jest w nim zawartych mnóstwo witamin, a ponadto kwas hialuronowy. Stąd też, zaczęto produkować na jego bazie sera i inne kosmetyki do twarzy, mające na celu opóźnianie starzenia się skóry. Przy okazji, na uwagę zasługuje również kobiece mleko, wykorzystywane do wyrobu mydeł.



Nie są to jednak jedyne "od-ludzkie" składniki kosmetyków. Zaczęto od eksperymentowania z ludzkimi płynami ustrojowymi, a skończono na komórkach z niemowlęcych napletków. Od momentu, gdy o tym usłyszałam, już chyba nic mnie nie zdziwi. Jeśli wytrwałyście i nadal tutaj ze mną jesteście, to być może ciekawi Was, jakie to niesamowite działanie mogą one mieć. Otóż moje Drogie, chcecie być piękne, młode i gładkie? Zafundujcie sobie maseczkę lub serum oparte na tych nowoczesnych przeciwzmarszczkowych składnikach! Opcjonalnie możecie wybrać męskie nasienie, bogate w plemniki, będące antyutleniaczami - genialnie opóźniają procesy starzenia.:)

Interesujący jest też fakt, że limitowana edycja perfum Thierry'ego Mugler'a Virgin no. 1 zawierała ekstrakt z krwi dziewicy. Niestety dość mało jest informacji na ten temat w internecie, natomiast z tego, co udało mi się dowiedzieć, faktycznie były liczne próby dodawania krwi do zapachów, ale w tym konkretnym przypadku, użyto "woni dziewicy pobranej przez pępek". Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi...



Kończąc już, pozostańmy przy perfumach - wiecie, że dość często używa się w nich aromatu żywicy? Nawiązując  - powstało wiele zapachów, opartych na słonych nutach dryfującego drewna czy ziół. Zalicza się do nich np. Tom Ford Costa Azzurra.


To już wszystko, co Wam chciałam przekazać. Mam nadzieję, że ten krótki cykl Wam się podobał. Może macie do dodania coś, co pominęłam?  








Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

piątek, 22 stycznia 2016

Dziwne składniki kosmetyków cz. I



Witajcie Kochane!


Chciałabym przedstawić Wam kilka zadziwiających i, delikatnie mówiąc – nietypowych składników, które „siedzą” w kosmetykach i perfumach. Co ciekawe, są one bardzo często stosowane. Dowiedzcie się, czy w Waszej toaletce także goszczą!

Aby Was nie zniechęcić, zaczniemy od nieco lżejszego kalibru.:)

Mówi się, że perły to najlepsze przyjaciółki kobiety. Okazuje się, że nie tylko. Bowiem perły to także ogromni sprzymierzeńcy naszej skóry. Nie od dziś stosuje się je w przemyśle kosmetycznym. Mają one właściwości przeciwzmarszczkowe, regenerujące, a także rozświetlające. Swoje dobroczynne działanie zawdzięczają obecności licznych składników mineralnych i aminokwasów w wewnętrznej części muszli ostrygi.



Kto by pomyślał, że ikra ryb znajdzie zastosowanie w kosmetyce... Dzięki silnemu działaniu antyoksydacyjnemu, kawior genialnie sprawdza się w produktach przeciwzmarszczkowych. Ponadto, zwiększa przepuszczalność naskórka i dostarcza do głębszych warstw skóry niezbędne substancje odżywcze, z tego powodu zwiększa się jej elastyczność i zdolności do regeneracji.

Okazuje się, że grzyby, a konkretniej trufle mają nie tylko duże walory smakowe, ale i pielęgnacyjne. Dzięki ogromnej zawartości substancji czynnych, ich wyciąg jest w stanie walczyć z przebarwieniami skóry, a ponadto stymulować syntezę elastyny i kolagenu.

Podejrzewam, że dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że jedwab jest produkowany przez larwę jedwabnika. Za to ciekawy może być fakt, że jego źródłem są także pajęczyny. Chętnie jest on stosowany w pielęgnacji, ponieważ zbudowany jest z dwóch białek; serycyny, która intensywnie nawilża, a także fibroiny wiążącej wodę, dzięki czemu utrzymywane jest stałe nawilżenie naskórka bądź włosów.



Keratyna to budulec włosów, skóry i paznokci. Idąc tym tokiem; wchodzi w skład tzw. rogowych tworów skóry. Zaliczają się do nich przede wszystkim kopyta, rogi czy pióra. To właśnie z nich najczęściej czerpie się keratynę wykorzystywaną w produktach do włosów.
Podobnie sprawa wygląda z kolagenem i elastyną, z tą różnicą, że są one pobierane w postaci włókien ze zwierzęcych tkanek.

Obecnie, w wielu popularnych kremach przeciwzmarszczkowych stosuje się śluz ślimaka, ponieważ podobno idealnie spisuje się do wygładzania cery. Nie wiem, nie sprawdzałam. Z tego samego powodu, wykorzystuje się go w balsamach ujędrniających czy kremach do rąk. Zbliżone działanie mają komórki jadu węża, które ponoć są genialnym odpowiednikiem botoksu. Bardzo podobne właściwości ma apitoksyna, czyli jad pszczeli. Poza wspomaganiem walki z oznakami starzenia, wpływa na sprężystość skóry i jej regenerację.



Gruczoły łojowe owiec, produkują tzw. lanolinę, chroniącą owce przed szkodliwym wpływem środowiska. W związku z tym, że jest ona substancją silnie natłuszczającą, wykorzystuje się ją m.in. w maściach, a także pomadkach i balsamach do ust.

W olejkach do opalania, balsamach do ust oraz kosmetykach natłuszczających często znajduje się niewiele mówiący skwalen. Znacie jego pochodzenie? Otóż, pobiera się go prosto z... wątroby rekina. Zagadka rozwiązana.

Nie wiem jak Wy, ale ja bym nie przypuszczała, że wymiociny kaszalota spowodowane niestrawnościami mogą być warte naprawdę horrendalne sumy. Nie jest to jednak byle co! To właśnie one się kryją pod nazwą ambra na flakonikach najbardziej ekskluzywnych perfum. Obecnie, odchodzi się od stosowania naturalnej ambry na rzecz syntetycznej. Wszystko przez to, że ciężko jest zdobyć ten składnik, dlatego znajduje się on jedynie w najdroższych zapachach.

A jeśli już mówimy o perfumach - do jednych z najpopularniejszych nut zapachowych należy piżmo. Cóż to takiego? Jakiś egzotyczny kwiat, a może drzewo? Otóż nie, jest to wydzielina gruczołów okołoodbytniczych, pełniąca funkcję feromonów u piżmowców, czyli kopytnych ssaków, wyglądem przypominających, np. jelenie. 

Podobna historia tyczy się cywet afrykańskich. Niestety, w większości, zwierzęta te żyją w hodowlach, w których panują straszne warunki, a same cywety są tam okrutnie traktowane. Jedyne co się liczy dla hodowców, to zdobycie cennego ekstraktu z ich gruczołu okołoodbytowego.



Prawdopodobnie większość z Was używa baz pod podkład, czy pomadek. A już z całą pewnością wszystkie mamy krem do twarzy w swoich zasobach kosmetycznych. Czy wiecie, że sadło dość często wchodzi w ich skład? Produkowane są nawet specjalne maści na reumatyzm oparte na sadle ze świstaka. Oprócz tego, do tej pory wykorzystuje się tłuszcz zwierzęcy do wyrobu mydeł. A szczególnie cenionym jest ten koński, wykorzystuje się go jako jeden z głównych składników niektórych masek do włosów. Całe szczęście, że nie jest to bardzo popularny proceder...

Wiedziałyście, że główny składnik dynamitu jest powszechnie wykorzystywany w kosmetykach? Mowa o ziemi okrzemkowej, powstałej ze sproszkowanych pancerzyków okrzemków, czyli jednokomórkowych glonów. Zastosowanie znajdują najczęściej w dezodorantach w sprayu oraz pudrach. Jednak nie tylko! Zdradzę Wam, że myjemy nimi również zęby...:)

Ile z Was nosi ze sobą gaz pieprzowy w torebce? Mam nadzieję, że nie musiałyście go używać, bo podobno bardzo ciężko znieść jego drażniące właściwości, za które odpowiedzialna jest kapsaicyna.:) Być może zaskakujący okaże się fakt, że niektóre z Was mają ją w tej chwili na ustach. Jest duże prawdopodobieństwo, że jeśli korzystacie z kosmetyków powiększających wargi, to w ich skład wchodzi właśnie ten związek chemiczny.

Wszyscy bardzo dobrze znamy Marię Curie Skłodowską i wiemy, że odkryła rad. Pech chciał, że w szkole słowem nie wspomnieli o Alfredzie Curie (był to jedynie pseudonim; chwyt marketingowy na nazwisko), który to postanowił wykorzystać sole tegoż pierwiastka w formule kremu Tho-Radia. W ten sposób, zapoczątkował on wykorzystywanie radu w przemyśle kosmetycznym, farmaceutycznym, ale też spożywczym. Na szczęście, odeszło się już od takich szaleńczych pomysłów.

Która używa produktów do stylizacji włosów? Sporo Was. Spoko, mi też się zdarza. Co więc skrywa się w ich składzie? Nic innego jak plastik! Otóż to! Zazwyczaj to właśnie jemu zawdzięczamy usztywnienie fryzury. Ale moment... czy występuje on gdzieś jeszcze? Ziarna kakaowca, nasiona truskawek czy łuski z pestek moreli. Brzmi znajomo? Wymienione, powinny znajdować się w peelingach, ale niestety są tam jedynie z nazwy. W rzeczywistości, producenci zastępują je tanim plastikiem, który tylko rysuje skórę. Miłego zdzierania!:)

Symetykon jest popularnym składnikiem leków na wzdęcia. Z tego względu, bardzo sprytnie pomyślano, że skoro zapobiega on powstawaniom pęcherzyków gazów w przewodzie pokarmowym, to może mieć zbliżone działanie także w opakowaniach kosmetyków do kąpieli.


Podzieliłam post na 2 części, bo jeden wyszedłby bardzo długi. Już wkrótce kolejna dawka ciekawostek! Mam nadzieję, że „nabrałyście apetytu” na jeszcze, bo przygotowałam ich duuużo więcej. Tym razem, powiem Wam o składnikach nieco rzadziej występujących, o wiele bardziej kontrowersyjnych, a tym samym, nie oszukujmy się - wzbudzających niesmak niemalże u każdego. „Widzimy” się niebawem?;)


Znacie te składniki? Robią na Was jakiekolwiek wrażenie, czy zupełnie nie ruszają? 

Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Make Me Bio: Różany ogród vs. pomarańczowa energia. Który krem dla jakiej cery?




Witajcie Kochane!


Dziś małe porównanie i recenzje dwóch kremów rodzimej firmy - Make Me Bio. Być może, któraś z Was jest nimi zainteresowana, ale do tej pory nie wie, którą wersję wybrać. Postaram się dokładnie omówić co i jak, i który egzemplarz będzie miał większą szansę się u Was sprawdzić.
Oczywiście są jeszcze inne rodzaje, których nie posiadam, dlatego nie mogę się wypowiedzieć na ich temat.

Abyście miały jakiś punkt odniesienia, zacznę od charakterstyki mojej cery. W chwili obecnej powiedziałabym, że jest ona normalna w kierunku suchej. Dygresja: sęk w tym, że mam skłonności do zanieczyszczania porów, i o ile, nie mam problemów z trądzikiem, o tyle, niekiedy pojawiają się drobne krostki i zaskórniki otwarte. Wskazywałoby to na to, że albo cierpię na AZS, albo skóra jest mieszana, mimo, że się nie przetłuszcza. Wykluczam obie opcje, więc chyba jestem jakimś szczególnym przypadkiem.;)
Wracając; nigdy nie miałam żadnej reakcji alergicznej na jakiś składnik, natomiast zdarza się, że niekiedy, nie wiedzieć czemu, mimo stosowania kosmetyku przez dłuższy czas, nagle dostaję podrażnienia. Łączę to z tym, że skóra jest delikatnie wrażliwa i z tego powodu skłonna do zaczerwienień.
Nie pojawił mi się nigdy wysyp spowodowany używaniem jakiegoś produktu. Moja skóra rzadko wykazuje tendecję do zapychania.


CHARAKTERSYTYKA





Zarówno jeden, jak i drugi krem pełne są naturalnych składników, a także olejów, które mogą powodować powstawanie wyprysków. Z racji naturalnego pochodzenia, kosmetyk może się rozwarstwiać przez wytrącanie poszczególnych substancji - jest to normalne i nie świadczy o jego zepsuciu. W moich egzemplarzach akurat nic takiego nie miało miejsca. :)
Konsystencja tych obu produktów jest dość gęsta i zwarta, trochę przypominająca masło do ciała.
Opakowanie to 60-cio mililitrowy słoiczek z grubego, ciemnego szkła.


ORANGE ENERGY

Jeśli śledzicie mojego bloga, to wiecie, że kilka dni temu krem Orange Energy pojawił się w moim zestawieniu pielęgnacyjnych ulubieńców 2015 roku (klik). Wiele już zostało tam o nim napisane, więc zainteresowanych dokładniejszą recenzją, odsyłam do przeczytania tekstu.

W skrócie powiem, że efekty po jego stosowaniu przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Skóra jest cudownie rozjaśniona, wygładzona oraz otrzymuje odpowiednią dawkę nawilżenia. Krem porządnie się wchłania, nie pozostawiając przy tym uciążliwej, tłustej warstwy. Nie ma wykończenia matowego, tylko daje wrażenie "zdrowej skóry". Idealnie nadaje się pod podkład, który się na nim nie waży ani nie roluje.

Osobom z płytko unaczynioną lub wrażliwą cerę zalecałabym ostrożność, bo krem może wywołać zaczerwienienie. Według mnie spokojnie mogą po niego sięgnąć te z Was, które mają cerę suchą, normalną lub mieszaną. "Tłuścioszki" nie będą raczej zadowolone, bo krem jednak może być dla nich zbyt ciężki. Do skóry tłustej przewidziana jest inna wersja - z zieloną lub niebieska etykietką.
Kremik bardzo intensywnie pachnie cytrusami, więc jeśli ich nie lubicie, bądź nie tolerujecie perfumowanych produktów do twarzy, zdecydowanie odradzam.





GARDEN ROSES

Wersja różana sprawdziła się u mnie trochę gorzej. Znacznie bardziej wolałam jej zapach, ale akurat on nie ma większego znaczenia.
Krem genialnie nawilżał i tutaj jego działanie było nawet silniejsze od pomarańczowego brata. Wszystkie inne właściwości oba kremy miały bardzo zbliżone, podobnie wpływały na kondycję skóry twarzy. Różnica polegała na tym, że według mnie, Garden Roses miał bogatszą i tym samym - cięższą konsystencję. Wydaje mi się, że całkowicie go to dyskwalifikuje u osób z cerą tłustą lub mieszaną, bo wzmagał świecenie, a czasami powodował u mnie powstawanie drobnych niedoskonałości. Na jego korzyść przemawia fakt, że nie podrażniał.
Przyznam szczerze, że pewnie za jakiś czas go znowu kupię, bo w niewytłumaczalny sposób mnie do niego ciągnie.:) Jego właściwości odżywcze i nawilżające były doprawdy imponujące! Dla osób z suchą cerą zdecydowanie polecam, pozostałym niekoniecznie. Choć ten zapach jest warty grzechu!:)


Podsumowując, bardziej uniwersalnym kremem jest Orange Energy. Prawdopodobnie, świetnie sprawdziłby się u osób z cerą mieszaną lub normalną. Skusić by się na niego mogli, w celu stosowania na noc, też "tłustoskórni", lubiący mocne nawilżenie i nie mający zastrzeżeń do gęstych formuł kosmetyków.
Garden Roses gorąco polecam osobom, które mają wrażliwą, płytkounaczynioną lub suchą skórę. Moim zdaniem będzie to znacznie lepszy wybór od pomarańczki. Wystrzegać się go powinny cery skłonne do zapychania, ale jak wiadomo - nie jest to regułą, bo działanie kosmetyków zależne jest od indywidualnych cech cery.




Z działania obu kosmetyków jestem zadowolona, więc z czystym sumieniem polecam! Jak to mówią: Dla każdego coś dobrego!:)

Miałyście do czynienia z marką Make Me Bio? Używałyście któregoś z ich kremów?

Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

sobota, 16 stycznia 2016

Perfumy; jak je testować i prawidłowo aplikować. Signature scent - dobór "naszego" zapachu.



Witajcie Kochane!


Myślę, że każda z Was uwielbia perfumy, a nawet jeśli nie, to z pewnością lubicie ładnie pachnieć. Ręka w górę kto nie! Tak, jak się spodziewałam, żadnej podniesionej ręki nie widzę.:) Znakomicie, w takim razie, podzielę się z Wami ciekawostkami i trikami, dotyczącymi perfum. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi dowiecie się czegoś nowego!


CZYM JEST SIGNATURE SCENT?

Prawdopodobnie spotkałyście się kiedyś z pojęciem „signature scent”, ale nie do końca wiecie, co właściwie się pod nim kryje. Jest to nic innego, jak „nasz” zapach, czyli taki, który szalenie lubimy, bardzo często używamy, najlepiej się w nim czujemy, bo idealnie do nas pasuje oraz przywodzi nam na myśl mnóstwo miłych wspomnień, związanych z ważnymi życiowymi wydarzeniami. Co ciekawe, często nawet bliskie otoczenie może kojarzyć i utożsamiać dane perfumy właśnie z naszą osobą. Innymi słowy: jest to swoistego rodzaju wizytówka, podkreślająca osobowość i charakter.





JAK GO ODNALEŹĆ?

Jeśli do tej pory nie znalazłyśmy perfum, które w 100% by nam odpowiadały, ale mniej więcej wiemy, jakie nuty zapachowe nam się podobają, warto poszukać w internecie nazw perfum o podobnych akordach, albo poradzić się konsultantki, która z założenia powinna potrafić nam pomóc. Musimy jednak uzbroić się w cierpliwość, bo jest to naprawdę długa i żmudna droga – ale warto ją przejść.:)

Do perfumerii dobrze jest się udać rano, kiedy nasz nos nie jest jeszcze przeciążony po całodziennej pracy. Najrozsądniej jest rozłożyć testy na kilka dni, ponieważ po zmieszaniu się wielu zapachów, zdolność do ich poprawnego odbioru i definiowania bardzo spada. W takiej sytuacji, załóżmy sobie, że będziemy wąchać maksymalnie 5 perfum na dzień. Na początku, najlepiej jest rozpylać je na blotterach, czyli perfumeryjnych papierkach. Kiedy wybierzemy już zapachy, które wstępnie trafiają w nasze gusta, poprośmy o ich próbki (można też zamówić na popularnych stronach internetowych z perfumami albo na allegro), aby sprawdzić jak rozwijają się na skórze w ciągu całego dnia. Wbrew pozorom, zapach często zmienia się zależnie od pH skóry, samopoczucia i wielu innych czynników.


APLIKACJA I PRZEDŁUŻENIE TRWAŁOŚCI PERFUM

Bardzo ważną sprawą jest prawidłowa aplikacja perfum, która pozwoli nam „wyciągnąć” z nich ile się da i jednocześnie przedłużyć ich trwałość. I teraz, ciekawostka: Wiecie, że rodzaj skóry ma ogromny wpływ na intensywność oraz utrzymywanie się perfum? Przesuszona skóra nie zatrzymuje ich woni, z tego względu, że je „wypija”, po jakimś czasie już nic nie czujemy, bo najzwyczajniej w świecie zostały wchłonięte. Jest jednak sprawdzony sposób na to, by temu zaradzić.:) Wystarczy posmarować wybrany obszar ciała bezzapachowym olejkiem, kremem czy wazeliną. Działa to na zasadzie przeciwieństwa – tłusta i nawilżona skóra bardzo dobrze zatrzymuje aromat, dlatego, że związki chemiczne zawarte w perfumach są dobrze rozpuszczalne w tłuszczach, a potem są przez nie stopniowo uwalniane. Wiele z Was na pewno słyszało o perfumach pochodzących z Arabii, być może nawet je stosowałyście. Mają one niezwykle ciekawą formułę, bo są olejkami.:) Jak się domyślacie, nie jest tak bez powodu, wszystko zostało dokładnie przemyślane – podczas upałów, które bez przerwy tam panują, zapachy oparte na alkoholu momentalnie by się ulotniły, czyli byłyby zupełnie nietrwałe i po chwili niewyczuwalne.

Już wiecie jak przedłużyć trwałość i zintensyfikować woń perfum. Tylko gdzie je aplikować i jak to robić?
Polecane jest psikanie tzw. „ciepłych okolic”, czyli tam, gdzie jest największy przepływ krwi, bo w tych miejscach skóra oddaje najwięcej ciepła. Wyróżniamy tutaj np. nadgarstki, wgłębienie w szyi (połączenie obojczyków), zgięcia w łokciach i kolanach oraz dekolt.
Osobiście, najczęściej perfumuję się na karku, za uszami, na szyi i nadgarstkach. Lubię też rozpylić przed sobą mgiełkę zapachu; dzięki temu osiądzie on też na włosach. Oczywiście alkohol jest dla nich szkodliwy, więc lepiej z tym uważać.
Aby w pełni zatrzymać właściwości perfum, nie należy pocierać popsikanych miejsc (np. nadgarstka o nadgarstek), ponieważ cząsteczki perfum ulegną zniszczeniu, a główne nuty (głowy) zostaną zniekształcone i nie oddadzą ich rzeczywistego aromatu.


To tyle na dziś! Te wszystkie informacje powinny Wam znacznie ułatwić odnalezienie "tego" zapachu, czego, oczywiście, z całego serca życzę.:)

Macie już swój jedyny "signature scent"? A może jeszcze go szukacie? Znałyście sposoby, które Wam zaprezentowałam? Jeśli macie inne porady, dajcie znać - chętnie się o nich dowiem!




Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej

piątek, 15 stycznia 2016

Stara, brzydka, pomarszczona; czyli o wpływie makijażu na kondycję skóry twarzy.



Witajcie Kochane!


Postanowiłam poruszyć kwestię szkodliwości kosmetyków kolorowych dla naszej cery. Jest wiele głosów; jedni mówią, że kosmetyki do makijażu szkodzą i powinno się zminimalizować ich użycie, a inni wręcz przeciwnie – że nie wpływają na skórę twarzy w negatywny sposób, a czasem mogą nawet pomóc. Sam temat jest dość szeroki i sądzę, że nie do końca jeszcze wyjaśniony, ale postaram się spojrzeć na sprawę z trochę innej strony.


SZKODZĄ, CZY NIE?

Doskonale rozumiem obie grupy, stojące po dwóch stronach barykady, z tego względu, że ciężko jest mi się z nimi nie zgodzić. Według mnie i jedni, i drudzy mają trochę racji. Brzmi niedorzecznie, prawda? Już wyjaśniam.

Przeciwnicy stosowania kosmetyków kolorowych argumentują swoje stanowisko tym, że mogą one wpływać na pogorszenie kondycji cery, ponieważ zaburzają prawidłowe funkcjonowanie skóry, a dodatkowa ich warstwa tylko pogarsza sprawę. Są one głównym czynnikiem powodującym powstawanie zmarszczek oraz niedoskonałości, przez zapychanie cery. Oprócz tego, przyczyniają się do rozwoju rozmaitych chorób skórnych, np. trądziku kosmetycznego.

Natomiast, ich oponenci twierdzą, że mogło tak się dziać, ale kilkadziesiąt lat temu, kiedy kosmetyki kolorowe nie były dobrze przebadane i najczęściej pochodziły z niepewnych źródeł. Obecnie, badania dermatologiczne dają stuprocentową pewność bezpieczeństwa i jeśli tylko nie jesteśmy uczuleni na jakiś składnik, to na pewno nie wyrządzą spustoszenia na cerze, a co więcej - mogą mieć na nią zbawienny wpływ poprzez dodatkowe działanie pielęgnacyjne.

Nie jestem zwolenniczką popadania ze skrajności w skrajność, wolę jednak zachować zdrowy rozsądek i sama zdecydować, co faktycznie jest prawdą, a co spokojnie można między bajki włożyć. Całkowicie zgadzam się z tym, że kosmetyki do makijażu mogą szkodzić. Mogą, ale nie muszą. Jeśli dany produkt jest odpowiednio dobrany do rodzaju naszej cery, nie nadużywamy ciężkich, matujących podkładów, to czemu miałyby być szkodliwe? Pod warunkiem, że dokładnie robimy demakijaż i nie odpuszczamy sobie tego kroku pielęgnacyjnego, to nie widzę żadnego „zagrożenia” dla skóry. 
Pamiętajmy o tym, że nocą praca skóry jest bardziej wzmożona niż za dnia.:) Odnawia się, oczyszcza i regeneruje, komórki się intensywnie dzielą, a martwe zastępowane są nowymi, dlatego nie przeciążajmy jej niepotrzebnie i nie zakłócajmy działania. Unikajmy też kosmetyków kupionych „od chińczyka”, czy innych, których pochodzenia nie znamy, lub wzbudza ono jakąkolwiek niepewność.
  
Dobrze – przykładowo, wybrałyśmy już idealny podkład. Ma on pięknie nawilżać cerę, nie powodować żadnych niedoskonałości, ponadto ujędrniać i regenerować skórę. No cudo! W takim razie po co nam serum, tonik czy krem? Możemy je wyrzucić do kosza, bo mamy jeden wielofunkcyjny kosmetyk - fluid! Bzdura. To, że na opakowaniu producent mówi, że od niego nasza skóra stanie się piękniejsza i zadbana, niekoniecznie pokrywa się z rzeczywistością. Jasne, może mieć on działanie pielęgnacyjne, ale nie jest ono na tyle silne, żeby zastąpić nam pozostałe „smarowidła”.


POWSTAWANIE ZMARSZCZEK A MAKIJAŻ

Jest jeszcze jedna kwestia; co ze zmarszczkami? Czy nie powstają one na skutek malowania? Słuchajcie, w pierwszej kolejności na wygląd skóry ma genetyka, której nie przeskoczymy. Możemy wspomagać się zabiegami medycyny estetycznej, ale nie zawsze są one skuteczne i nie każdego na nie stać. Tak czy inaczej, u wszystkich kiedyś pojawią się zmarszczki, jest to normalna kolej rzeczy i trzeba się z tym pogodzić, chyba że chcecie wyglądać jak Jocelyn Wildenstein.;) 

Moim zdaniem, w drugiej kolejności najważniejsze są prawidłowa dieta i odpowiednia pielęgnacja cery. Jeśli będziemy wypełniać potrzeby całego organizmu i skóry, to już połowa sukcesu.:) Działanie makijażu na pojawianie zmarszczek uważam za znikome. Jedynie jak źle dobierzemy go do typu skóry, może mieć na nie jakiś wpływ, ale nie sądzę, żeby był on bardzo znaczący. Mimo to, lepiej stronić od tych bardziej wysuszających produktów, bo nigdy nic dobrego nie wyniknie z ich używania.


Jakie macie zdanie na ten temat? Zauważyłyście destrukcyjny wpływ kolorówki na Waszą cerę? Zachęcam Was do podzielenia się własnymi spostrzeżeniami!



Udostępnij:    Facebook  Google+
Więcej